Walka o mienie, „Prawda”, nr. 10,
23.2.1885, s. 110-111.
110
Pod powyższym tytułem pojawiła się zeszłego roku w języku czeskim, a
obecnie w tłómaczeniu niemieckiem
[1]
książka napisana przez znanego w
życiu publicznem Czech d-ra F. L.
Chleborada. Autor
nie należy ani do cechu uczonych, ani też do marzycieli z zawodu, bo – jak nam sam
opowiada – założył w latach 1868 i 1869 w Czechach liczne stowarzyszenia spożywcze,
zaliczkowe i robotnicze, a przedewszystkiem sławne stowarzyszenie „Ul“ i bank
„Slavia“ w Pradze są jego dziełami. Jest to zatem w pełnem słowa znaczeniu człowiek
czynu – nie marzyciel, ani doktryner.
Wyznaję więc, że z wielką ciekawością wziąłem się do
czytania jego książki, w której rozbiera kwestyę społeczną i podaje środki
rozwiązania jej. Nie powiem z góry, zawiodłem się, czy nie – gdyż w każdym razie
warto zastanowić się głębiej nad uwagami człowieka, stojącego w samym wirze ruchu
społecznego. Wolę zresztą, aby czytelnik, mając przedstawioną sobie rzecz samą,
własne powziął o niej zdanie.
Nie rzadkie to zjawisko, że ludzie czynu i praktyki,
występując z jakimiś pomysłami, czują potrzebę uzasadnić je filozoficznie i w tym
celu osobno układają sobie pewien systemacik. To też w dziełku p. Chl. wyraźnie
rozróżnić możemy dwie części: wykłada on nam najprzód swój systemacik socyologiczny,
a następnie dopiero uwagi i projekty, dotyczące stanu społeczeństwa.
Zginąłby nędznie człowiek pierwotny, – według niego – gdyby
nie podjął walki z przyrodą; tem samem uczynił on pierwszy krok na drodze kultury.
Aby walkę tę podjąć, uzbraja się w narzędzia. Narzędziami temi zdobywa on sobie
pierwsze mienie, które znowu czyni go zdolniejszym do prowadzenia dalszej walki z
przyrodą. „Wypróbowawszy zaś w tych zapasach siły, zamiast wytężyć je do najwyższego
stopnia przeciwko swej nieprzyjaciółco, woli po części zwrócić jo przeciwko
bliźniemu.“ Zaczyna się więc
podbój, powstaje niewolnictwo,
które dostarcza człowiekowi nowych sił do walki z przyrodą. Jest to jej drugi
stopień, bo już występują nietylko narzędzia, ale i ludzkie siły roboczo. „Widzimy
więc – powiada autor – zaraz na początku gospodarstwa społecznego, jak człowiek
stara się zwalczać przyrodę zapomocą bliźniego.“ Ale spostrzegamy zarazem, że on
bliźniego do
111
walki tej zmusza, a mianowicie zapomocą nabytego (na
pierwszym jej stopniu)
mienia, bo nie posiadający mienia
zależnym się stał od posiadającego, słowem ostatni zapanował nad pierwszym i –
wyzyskuje go. Z czasem jednak i niewolnicy zdobyli mienie
przy różnych sposobnościach. „Niewolnik więc rozpoczął walkę o mienie jako o
podstawę swoj niezawisłości.” Zwycięska tu walka zmieniła stosunek niewoli na
stosunek pańszczyzny, a nareszcie na dzisiejszy najem. „Tak więc walka o mienie była
zarazem walką o wolność” – z czego autor wyprowadza ogólne prawo społeczne, żo
„wolność osobista jest wynikiem mienia.” Nawiasem niech mi wolno będzie zauważyć, że
takich „praw” autor dość znaczny szereg ustanawia – jak np. że „wolność jest matką
indywidualności” że „indywidualność jest główną sprężyną ruchu ekonomicznego” że
„wolny ruch ekonomiczny sprowadza dobrobyt” itd. Nio są to rzeczy nowe, ale można
się na nie zupełnie godzić.
Nabytą na podstawie mienia wolność zniszczyły wojny
zwycięskie, zwłaszcza kiedy „towarzysze,” bractwa rycerskie jęły się pługa i
przywłaszczyły sobie ziemię. W ślad bowiem za „własnością ziemską indywidualną”
poszła jej nierówność – wskutek czego jedni zostali kapitalistami a drudzy zawisłymi
od nich robotnikami. Tak więc mienie, które niegdyś było środkiem opanowania
przyrody i osiągnięcia wolności, stało się teraz środkiem opanowania ludzi zapomocą
przyrody i zawisłości.
Takim wywodem autor dochodzi do przedstawienia ujemnych
stron dzisiejszych stosunków ekonomicznych. Te zaś streszcza w następujących
słowach: „Mienie, które pierwotnie było tylko owocem własnej pracy i energii,
dzisiaj zdobywanem być musi przez nieposiadających dla posiadających, podział zaś
tak nabywanego mienia następuje według zasady: jednym trud a drugim plon.“ Któżby
zaprzeczył prawdziwości tego zdania? Nio pierwszy
Chleborad
stwierdza ten stan rzeczy – ale chodzi o to, jak temu zaradzić? Otóż autorowi wydaj
o się to nietrudnem, a w radach, jakie podaje dla zmienienia i polepszenia takiego
stanu rzeczy, leży punkt ciężkości jego książki. Rady te na pozór są bardzo proste.
„Dzisiaj – powiada Chl. – w parlamentach reprozentowanem jest próżniacze bogactwo:
zmieńmy przedstawicielstwo parlamentarne, posadźmy na ławy poselskie
pracujące ubóstwo – kwestya socyalna będzie rozwiązaną.“
Zmianę tę przeprowadzić można łatwo „przez przymierze monarchii (a właściwie
monarchy) z proletaryntem.“ „Takie przymierze jest godłem naszem – woła autor.
Monarcha bowiem, wsparty na niem, może łatwo zamachom stanu usunąć konstylucyę i
niesprawiedliwe dzisiejsze ordynacye wyborcze, i powołać do urny pracę
wydziedziczoną. Ale oczywista – dodaje – że takie rozwiązanie kwestyi socjalnej
nastąpić może tylko w monarchiach; dla rzeczypospolitych nie ma ratunku. „Jesteśmy
przekonani – powiada on – że kwestya socyalna tylko zapomocą zasady monarchicznej
będzie rozwiązaną i że to żywioły społeczne, które dzisiaj jeszcze tendencyjnie,
albo też z nieznajomości rzeczy uważane są jako w rogi o wszelkiemu istniejącemu
porządkowi, okażą się kiedyś jako najsilniejsze podpory monarchicznej formy rządu.“;
Przypuśćmy, że ta zmiana, którą autor doradza, dałaby się łatwo przeprowadzić; czy
robotnicy w parlamencie rozwiążą i kwestyę socyalną? Chl. wielkie pokłada zaufanie w
prawodawczej czynności „pracy bez mienia.“ To też największa część jego książki
zapełniona jest skreśleniom tego wszystkiego, co owa „praca bez mienia“ w
parlamencie zrobi (od str. 69 do 164). To wielkie dzieło reformy społecznej
dokonanem zostanie bądź w drodze walki odpornej, bądź zaczepnej. Do odpornej należyć
będą środki przeciwrko skupieniu („centralizacyi“) mienia, zwłaszcza utworzeniu
stowarzyszeń. Stowarzyszenia, w tym celu do życia powołane, zajmować się będą
kształceniem moralnem, wspieraniem ekonomicznem, ochroną wzajemną. Następnie przeciw
skupieniu sztucznemu majątków skutecznym środkiem będzie sprawiedliwy podział władzy
politycznej, ku czemu ubezpieczy się wolność zgromadzeń, stowarzyszeń i petycyj,
zniesie się zupełnie cenzus majątkowy i zaprowadzi się cenzus moralności, dalej
przymus szkolny, racyonalny system podatkowy, ograniczenie współzawodnictwa
przemysłowego itd. Do walki zaczepnej należeć będzie: bezpośrednie wyposażenie
mieniem ubogich, a to nietylko przez nadanie majątku prywatnego osobistego, ale
także przez urządzonie własności wspólnej na wzór rosyjskiego miru i
południowo-słowiańskich „zadrug.“ Takimi to środkami osiągnie się „dobrobyt ogólny i
wolność powszechną“ (str. 164).
Zaiste, obraz, skreślony przez autora, jest cudowny;
możnaby się zgodzić na proponowane przezeń doświadczenie konstytucyjne, gdyby była
nadzieja, że przepowiednie jego się spełnią. Ale tu właśnie wątpliwość, czy „praca
bez majątku“ w parlamentach spełni oczekiwania autora? Niechaj sobie w to wierzą
optymiści, ja – nie. Mnie się zdaje, że nietylko „walka o mienie“ sprowadziła
dzisiejszą nierówność – ale natura ludzka pcha bezustannie do
tej „walki o mienie“ (co też sam autor po części przyznaje). Ta natura ludzka nie
zmieni się, choćbyśmy najuboższych wprowadzili do parlamentu; zmieni się tylko tyle,
że zamiast XXów zdobędą sobie mienie YYy; stawszy się zaś posiadającymi, trzymać się
będą odwiecznej polityki posiadających. Słowem, mogą się tylko zmienić jednostki
posiadające; ani zaś równości majątkówej być nie może, ani też wskutek tego
skupienia majątków ominąć nie podobna. Stosunki te są koniecznym wynikiem natury
ludzkiej. Nie przeczę, że zatrważająco formy dzisiejszego pauperyzmu powinny być
usunięte: ale to nie da się osiągnąć w sposób proponowany przez autora. Możnaby
bowiem posadzić (dla eksperymentu!) hołyszów na ławy parlamontarne i poruezyć im,
jak tego się domaga Chl. między innemi upaństwowienie kolei żelaznych i banków. Ale
ręczę, że śród takich zajęć długo hołyszami nic zostaną. Anibyśmy się. spostrzegli,
jak przyszliby do posiadania i ten cały proces naturalny skupienia majątków zacząłby
się na nowo. Takie przewroty nieraz już dokonywały się – być może, że znowu kiedyś
się powtórzą, nawet jest to prawdopodobne. Ale nigdy one nie zmienią rzeczy, tj.
nierówności majątkowej, walki o mienie ze wszystkiomi jej następstwami.
Usunięcie zaś rażących form nowoczesnego pauperyzmu, jeżeli
może nastąpić, to, mojem zdaniem, tylko na podstawie stosunków istniejących, przez
odpowiednią czynność ustawodawczą dzisiejszych czynników ustawodawczych, czy to w
monarchiach, czy w rzeczpospolitach. Niechaj sobie te czynniki ustawodawcze
reprezentują kapitał i majątek (nigdy inaczej nie będzie!), alo własny ich interes
zmusza je już dzisiaj do reform społecznych, czego najlepszym dowodem są prace
parlamentów niemieckiego i austryackiego. Oczywiścio są to tylko pierwsze kroki; o
coraz dalszy postęp na tej drodze trzeba się starać. Ale przewrót taki, jaki
proponuje autor, mojem zdaniem, cofnąłby nas znacznie wstecz.
L. Gumplowicz