Pierwszy socyolog polski, in: Prawda, nr 12, 9.3.1885,
134-136, nr 13, 16.3.1885, 146-148, nr 14, 23.3.1885, 161-162, n. 15,
30.3.1885, 173-174.
I
134
[1]
Pisma Józefa
Supińskiego
wyszły w trzeciem wydaniu. Już fakt ten sam świadczy, że muszą one posiadać
niepospolite zalety, zwłaszcza że treścią ich nie jest beletrystyka, ale poważna
nauka i rozumowanie. Nie mylę się może, mniemając, że
Supiński
zawdzięcza powodzenie literackie swojej „Szkole polskiej gospodarstwa
społecznego” (tom II i III pism). W tej pracy leży główna jego zasługa.
Przedstawia ona t. z. ekonomię polityczną w sposób przystępny i oryginalny.
Supiński na tem polu jest myślicielem samodzielnym. Umie on
obserwować życie społeczne pod względem gospodarczym, a spostrzeżenia swoje
przedstawić jasno i plastycznie. Przytem pojmuje całe znaczenie
wolności dla ruchu ekonomicznego, dla rozwoju i postępu
społeczeństwa. Wreszcie dziełu jego nadaje nieoszacowaną wartość dla nas to, żo
stosuje on pomysły i nauki swoje do kraju rodzinnego i urządzeń swojskich. Przez
to staje się dla nas daleko zrozumialszym, tak że młodzież z dzieła jego więcej
się nauczyć może, niż z niejednej książki obcej, choćby daleko uczeńszej – bo w
Supińskim
ciągle odwoływanie się do stosunków swojskich ma prawie znaczenie eksperymentu,
dołączonego do wykładu teoryi.
W wykładzie „Gospodarstwa społecznego” trzyma się
systemu bardzo prostego, wynikającego z całości zapatrywań jego na świat i
ludzkość. Zaczyna od rozbioru podmiotowych podstaw wszelkiej umiejętności,
„doświadczenia i nauki,” zwraca się do przedmiotów umiejętności, t. j. do
„świata powszechnego i ludzkiego” (właściwie „społecznego”) a następnie rozbiera
pojęcia zasadnicze gospodarstwa społecznego w rozdziałach: bogactwo i mienie;
wartość i cona; zapas, zasób, kapitał; robota, praca, zatrudnienie; przychód,
dochód, korzyść, nagroda; zbyć i nabyć; wypożyczyć i zapożyczyć. Rozbiór tych
pojęć zasadniczych zapełnia część pierwszą dzieła, (tom II pism). W następnej
przystępuje do rozważania konkretnych podstaw wszelkiego gospodarstwa
społecznego w dwóch rozdziałach: luduość i ziemia i węzły społeczne. W pierwszym
z tych rozdziałów rozbiera stosunek człowieka do ziemi w gospodarstwie
społecznem; dochody w ziemiaństwie i rozmiary posiadłości ziemiańskich; w drugim
polityczne pojęcia: państwo, lud i naród; stany wyższe w zbiorowem życiu narodu
i wpływ pojęć społecznych na ustawy i oddziaływanie ustaw na stan społeczny.
Pierwotnie autor zamierzał do tych dwóch części,
stanowiących jeden dział i pod nazwą: „organizm społeczny” – dołączyć drugi pod
tytułem „mechanizm społeczny;” myśli tej jednak nie przeprowadził.
Prawdopodobnie ten drugi dział zawierałby wykład finansowości, który w
systematach i podręcznikach niemiockich następuje zwykle po wykładzie ekonomii
społecznej. Żałować należy, że stosunki nie pozwoliły autorowi na
przeprowadzenie tego planu.
W szczegółowy rozbiór wykładu ekonomii politycznej
Supińskiego nie możemy tu się wdawać – ani też nie ma ku temu
potrzeby. Dzieło jego znane oddawna; sądzić je ze stanowiska
dzisiejszej nauki byłoby niesprawiedliwem; ale za wewnętrzną wartością
jego przemawia właśnie to, że pomimo znacznego rozwoju literatury ekonomicznej
od czasu pierwszych wydań nie starzeje się ono. I śmiało twierdzić można, że
nigdy się nie zestarzeje, bo
Supiński
czerpał teorye swe z życia i doświadczenia; oparł nauki swe na odwiecznych
prawach życia społecznego; dlatego też wartość ich nie umniejsza się bynajmniej
z biegiem czasu.
Inaczej rzecz się ma z pracą, pomieszczoną w tomie
pierwszym, noszącą tytuł: „Myśl ogólna Fizyologii Wszechświata.” Zachowa ona
niezawodnie swojo literacko-historyczne znaczenie, jako ważne ogniwo w długim
łańcuchu myśli, łączącym następujące po sobie pokolenia; ale główny pomysł jej
już dzisiaj prześcignięty jest przez pomysły dojrzalsze filozofii pozytywnej. Starajmy się uzasadnić ten sąd nasz, który
mógłby się może niejednemu wydawać zbyt ostrym.
W gruncie rzeczy ta „
Myśl ogólna
fizyologii wszechświata” jest rodzajem
socyologii. W
przedmowie do I-go wydania autor sam powiada, że zamierzył pod sąd czytających
złożyć „dopatrzenie nici łączącej
pojawy i czyny ludzkie z
odwiecznemi wszechświata prawami.” We „wstępie” zaś mówi, że „życie
towarzyskie ma swoje formy i warunki istnienia... że wszystko razem wzięte
ulegać musi pewnym prawom odwiecznym od woli niczyjej niezawisłym, których nic
osłabić i zmienić nie zdoła.” Cóż to znaczy innego, jak żo autor szuka
praw przyrodniczych, według których społeczeństwo ludzkie
istniejo i rozwija się? i Odnośne badania nazywamy dziś
socyologią. Że i u nas, jak w innych literaturach, socyologia wyłoniła
się z ekonomii politycznej, jest w tem pewna głębsza przyczyna. Żadna inna
umiejętność nie pokazuje nam o tyle, o ile ekonomia polityczna jednostki, jako
ślepego narzędzia prądów ogólnych
135
podległych stałym, niezmiennym
prawom. Ekonomia polityczna więc podsunęła najprzód zajmującym się nią pojęcie
praw stałych, rządzących nie tylko naturą martwą i
światem organizmów, ale także życiem i rozwojem społeczeństw. Ona więc stała się
przejściem do socyologii. Myśl tę wypowiada
Supiński sam w
„liście treści moralno-społecznej” (tom V): „Jak nauki przyrodnicze, zatem
poznanie spraw świata fizycznego, utarły drogę wielkim wynalazkom
Watta,
Stefensona,
Jakobiego, tak nauki społeczne, na których czele stoi gospodarstwo
społeczne,
wiodą do poznania praw rozleglejszych jeszcze;
bo wiodą do pojęcia tego harmonijnego związku, który tkwi w dwoistej naturze
ludzkiej, który łączy w pojedynczym człowieku jego organizm cielesny z jego
duchową potęgą a pojedynczego człowieka wplata w żywot ludzkości całej.”
Otóż zbadanie tych „praw rozleglejszych” założył sobie
autor w „filozofii wszechświata;” że ich szukał i że u nas szukał pierwszy,
pozostanie na zawsze jego zasługą. Czy je znalazł – to inna kwestya. Odkrycie
takich praw nio mogło i nie może być rzeczą jednego człowieka, choćby
najgenialniejszego: takie odkrycia dokonywają się przez pracę wielu pokoleń, a
pojedynczy myśliciele dostarczają ledwie po cegiełce do wspólnej budowy.
Supiński u nas położył fundamenta pod budowę socyologii. Przypatrzmy
się teraz, które części fundamentów są silne i zdrowe, tak że na nich śmiało
dalej budować można, a które słabe i chwiejne, tak że innemi zastąpione być
muszą.
Że przedmiot nowej filozofii, którą on nazywa
„umiejętnością powszechną,” musi być różny zupełnie od przedmiotu dawnej
metafizyki, o tem wie dobrze i wypowiada zaraz na wstępie. „Metafizyka, obrawszy
tron Przedwiecznego za cel zbiorowy swojej krętej podróży, chcąc zbadać
wszystko, co wzdłuż tej ogromnej leży przestrzeni, rozpoczęła dzieło, którego
najodleglejsi nie wykończą prawnicy, które
praktyczniejsze
wieki zarzucą zupełnie, które jest marzeniem do szczęścia ludzkości
niepotrzebnem, podróżą, jaką ślepy dla odkryć przedsięwziął.” W przeciwieństwie
do owych idealnych celów metafizyki tak określa Sup. cel swojej „umiejętności
powszechnej.” Ta „wiedza, opierająca się na wszystkich szczegółowych
umiejętnościach, musi być ludzką, towarzyską (używa wyrazu towarzyski wszędzie
tam, gdzie my dziś używamy wyrazu
społeczny) i żyjącą
umiejętnością; prawdy jej muszą leżeć
w części znajomej natury
człowieka i w świecie, w którym on żyje. Powołaniem jej nie jest, ani
przedzierać na przebój tajemnic nieprzystępnych siłom naszym; ani bronić
najwyższą światem rządzącą mądrość...
Skierować je należy ku
ziemi i tu badać i rozwijać prawa niezmienne, któremi ta mądrość
przedwieczna zapewniła samoistność jednostek a jednostki w całość zlała.
Poznać przeto naturę ludzką, poznać pragnienia i wstręty
człowieka, odzywające się równocześnie w całem jego jestestwie, wyśledzić
źródło, z którego one płyną,
rozebrać i odłączyć jego
usposobienia wrodzone od nabytych... poznać, jakim on jest pojedynczo,
by wiedzieć, jakim jest zbiorowo i
na tych zasadniczych
prawach przyrody oprzeć ludzkie prawa: oto zdaje się jest ostateczne
umiejętności powszechnej zadanie...” Zdawałoby się więc, że Sup. staje na
stanowisku realistycznem, którego konsekwencyą jest potępienie wszelkiej metody
apriorystycznej. „Rozumowania
a priori w rzeczach
społecznych – powiada on – mogą zajmować umysł, lubiący badać i wydobyto wnioski
w kolei następstw zestawiać; mogą karmić myśl istot, pragnących zerwać zasłonę
kryjącą ich pierwsze skojarzenie, mogą nawet przeważnie ku ich dalszemu
rozwojowi dopomagać;
częściej jednak prowadzą do mistycyzmu i
politycznych dogmatów, zwykle niewykonalnych, rzadko użytecznych, niekiedy
paczących rzetelne o towarzystwie pojęcia. One wywołały poszukiwania
praw nieistniejących,
bo praw odrębnych dla społeczności
samej, niejako niezawisłych od tych, któro rządzą wszechświatem, przeto
rozwijających się bezwzględnie na nie...” Sąd ten o rozumowaniu a priori jest
zupełnie trafny; zarazem wyjawia autor w tych słowach główną myśl dzieła swego,
t. j.
że prawa rządzące społecznością muszą być te same, które
rządzą wszechświatem, albo przynajmniej od nich zawisłe. Ta myśl główna
dzieła
Supińskiego
jest podstawą dzisiejszej socyologii, która również szuka praw ogólnych,
rządzących światem i społecznością a przynajmniej takich praw społecznych, które
od praw natury są zawisło. Ale u
Supińskiego
uderza zaraz w tym „wstępie” to, że potępiając słusznie rozumowanie
a priori a więc metodę dedukcyjną, nie wspomina wcale,
ani nie określa indukcyjnej, jak gdyby o niej i o możności zastosowania jej do
nauk społecznych nie zupełnie jasne miał pojęcie – a zobaczymy, że istotnie w
dalszym ciągu dzieła nigdzie jej nie użył, i pomimo potępienia rozumowania
a priori sam własnie
tem
rozumowaniem grzeszy.
Jak wszyscy poprzednicy nowożytnego monizmu, zacząwszy
od
Herdera (
Ideen zur Philosophie der Geschichte)
i autora słynnego
Systemu Natury (Mirabaud, pseudonym
barona
Holbacha), tak
i Sup. rozpoczyna wywód swój od „postaci świata” od „przekonania,” „że bryła
nasza przechodziła juz to stopniowo, już też w odległych odstępach rewolucye,
których my „dokładnie , wyświecić nie zdołamy, a które mogły szarpać i niszczyć
całe pokolenia i narody, które zatem mogły niszczyć wszystko, co było
przeszłości wiedzą i nabytkiem.” Przekonanie to opiera się na stwierdzonym przez
doświadczenie pewniku naukowym, że „nieustające przeobrażenia materyi są jednem
z praw naczelnych fizycznego świata.” Taki punkt wyjścia w każdym razie ma tę
zaletę, że zrywa z wiekowemi tradycyami biblijnemi i stawia cały rozwój
ludzkości na gruncie przyrodniczym: Dalszą konsekwencyą tego zapatrywania jest
rozbrat z antropocentryzmem i przypuszczenie, iż znajoma nam część rozwoju
ludzkości jest może tylko drobnym ustępem nieskończonego procesu przyrodniczego,
o którego poprzednich fazach pamięć wszelka zaginęła. W tej myśli słusznie
podnosi Sup., że owa
formułka, podług której braminowie
obliczają dokładnie zaćmienia słońca, „która jest ich stanu tajemnicą, której
nie rozumieją, a której pochodzenia nie znano już za greckich czasów” – „jest
może ostatnim zabytkiem wielkiej niegdyś oświaty wszystkich Azyi ludów.” Ta myśl
nasuwa mu drugą o nieskończenie długim przeciągu wieków istnienia ludzkości, o
którym ani historya, ani tradycya nic nie wiedzą. Słusznie bowiem zadaje on
sobie pytanie: „Wieleż musiało upłynąć wieków, nim dzika zrazu ludzi trzoda...
związała się w pewną całość i w pewne towarzyskie ułożyła karby? Wieleż ich
dalej przeminęło, nim ludzie Ci przeszli do pojęć umiejętnych; nim zmierzyli
główne ciał niebieskich obroty; czas ujęli w liczby i zrozumieli powszechne ciał
i sił przyrodzonych właściwości? Wieleż znów przesunąć się ich musiało, nim
wszystkie ścieżki tej przeszłości zarosły i rzeczy niewątpliwe wieczną pokryły
się tajemnicą?” (str. 57). Jaki zaś był los przeszłości, taki sam i
prawdopodobnie czeka teraźniejszość, z czego filozof wyprowadza wnioski na
przyszłość. „Potomkowie nasi szukać może będą kiedyś pod stopami swojemi
fenickich osad Gades, Tartessus
136
i Carteja lub już późniejszych
rzymskich grodów... jak dzisiejsi podróżni szukają gruzów świątyni Salomona,
Babilonu i Niniwy, Teb stubramnych lub miejsca, na którem stał Ilion, żyjący
jeszcze wieszcza życiem.”
Zasadę zaś główną, czy też prawo, na którem wszystkie
te objawy polegają, Sup. tak wypowiada:
„Wszystko się przeobraża,
powstaje i niknie; powstaje, by zniknęło, niknie, by ustąpiło miejsca nowemu.
Człowiek objąć nie może tego ogromu życia powszechnego; on gubi ślady
przeszłości, a przecież przeszłość ta nie jest dla niego
straconą. On od niej odrywa pojęcia ogólne i te z sobą unosi. On widzi,
że ruch jest istnienia warunkiem a ruchu następstwem jest zmienność; że przeto nieprzerwane istnienie objawiać
się musi nieustającym ruchem i przemianami. Niepokój,
towarzyszący umysłowi człowieka jest
tego samego prawa następstwem; prawa niezależnego od
istoty, która mu ulega, tak jak powstanie samo odbywa
się bez wiedzy rzeczy istnieć mających.”
|
(D. c. n.). L. Gumplowicz |
II.
146
Tak więc Sup. określa pierwsze prawo
ogólne, rządzące i światem i człowiekiem, naturą całą i społeczeństwem; jest to
w istocie pierwsze zasadnicze prawo socyologiczne.
„Życie to ruch: ruch to przemiany. Przeobrażenia są
życia cechą; życie bez przeobrażeń jest Bogiem
lub
niczem.” W tem miejscu musimy uczynić uwagę co do dykcyi
Supińskiego,
biorąc wyraz ten w szerszem znaczeniu.
Jakkolwiek widzieliśmy że autor protestuje przeciw
wszelkim argumentom i rozumowaniom a priori: używa on go jednak bardzo często.
Przeważyło w nim oczywiście wychowanie religijne, z pod wpływu którego nie
zdołał się wyswobodzić. Oceniając zatem filozofa i socyologa
Supińskiego, musimy abstrahować zupełnie od tych przymieszek
religijnych, będących w sprzeczności z jego rozumowaniami i mącących na każdym
kroku sferę czysto naukową. Pod tym względem „Szkoła gospodarstwa polskiego”
wyżej stoi, niż „Fizyologia wszechświata.” Bo tam autor nasz jest osobistością
jednolitą; tam, trzeźwy umysł, wzbogacony doświadczeniem i nauki traktuje o
sprawach ziemskich, nio mieszając do nich rzeczy ani argumentów teologicznych:
tutaj, przeciwnie, występują dwie osoby: myśliciel, którego umysł głęboki,
podniecony ideami sociologicznemi zachodu, stara się filozoficzną myślą zgłębić
wszechświat, obok niego zaś szlachcic starej daty.
Sformułowawszy tedy pierwsze i najwyższe, czy też
najogólnoejsze prawo wszechświata, jakim jest ruch, Sup.
przystępuje do dalej do rozbioru tego prawa, do analizy ruchu. Czyni to w sposób
zręczny. „Wszystko, co jest – powiada on – pod dwojakim pojawia się względem: i
każda pojedyncza istota, każde ciało, każdy i nawet pomysł człowieka jest raz
całością samą w sobie, raz częścią dalszej, rozleglejszej całości.” Z tego spostrzeżenia wyprowadza
on wniosek że „musi być pewny popęd i pewna zasada istnienia dla części, i bo
te nie istniałyby odrębnie; musi być druga dla całości,
bo ta rozsypaćby się musiała.” Tym dwojakim popędem, tą
dwojaką zasadą jest dwojaki ruch, („...dwojakie,
istnienie, powiada S. każe wierzyć w dwojaki ruch”) odpowiadający istnieniu
całości i części. S. nie waha się przyjąć na podstawie tego wniosku, (który
atoli jest tylko domysłem) dalsze prawo ogólne o dwojakim
ruchu: „Prawem odwiecznem przeto, powszechnem i niezmiennem jest organizm jeden i wspólny w przyrodzie całej, opierający
się na dwoistym ruchu: części i całości; to jest na siłach pojedynczych i na
sile powszechnej; organizm, utrzymujący całość częściami, karmiący części
całością; a to bez względu, czy te części i ta calość są ciałami świata
pierwotnego, czy wyrobem ludzkiej myśli. Mówię bez względu, bo świat zwany
umysłowym nie ma oddzielnego istnienia a zatem i praw oddzielnych. Prawa świata
fizycznego powtórzyć się muszą w umysłowym świecie, istniejącym tylko w pojęciu
człowieka” (62).
Sposób, w jaki S. z samego faktu ruchu, przyjętego
przezeń jako najpowszechniejsze prawo świata, wyprowadza prawo prawo dwoistego
ruchu, które mu znowu ma służyć za główną podstawę całego jego systemu,
nazwaliśmy zręcznym: nie rozumiemy przez to jednak wcale, żeby ta myśl miała
jakąś istotną podstawę w rzeczywistości. Jest to tylko hypotetyczna po
147
dwalina systemu; takich tymczasowych podwalin może być wiele; jeden
filozof przyjmuje dwoisty ruch; drugi może w tym celu wymyśleć wzajemne ciążenie
lub przyciąganie i odpychanie itp. Gdyby S. był się ograniczył tylko na tem
wyprowadzeniu niezaprzeczonego faktu
ruchu, hipotezy
dwoistego ruchu, i na tej hipotezie, jak to w istocie czyni, budował swój
system, nie mielibyśmy nic przeciwko temu, jeśliby tylko dalsza budowa zgadzała
się z rzeczywistością jeśliby więc ta hypoteza nie sprzeciwiała się dalszym
faktom rzeczywistym: alo uważajmy, że S. wyprowadzając z ruchu, dwoisty ruch,
wsunął nam do tego wniosku jeszcze inne pojęcie, którego ani że samego ruchu
wywieść, ani żadną legitymacyą usprawiedliwić nie mógł – tj. pojęcie
organizmu. Powiada on bowiem ni stąd ni z owąd: „Prawem
odwiecznem,
-przeto (?) powszechnem i niezmiennem jest
organizm jeden i wspólny przyrodzie całej, opierający się na dwoistym ruchu
itd.” Jakto „
przeto?” Z faktu
ruchu i z faktu, że widzimy na świecie całości i części, jeszcze nio
wypływa, żo przyroda cała jest „
organizmem jednym i
wspólnym.” To pojęcie zatem „organizmu” jest anowu jakiemś pojęciem
a priori, które nam S. narzuca, udając niby, że ono
wynika z faktu ruchu i z faktu istnienia na świecie części i całości. Pojęcie
organizmu jednego i wspólnego całej przyrody nie wypływa wcale z powyższych
faktów, ale nie mylimy się może, jeżeli sądzimy, że ono się dostało do
Supińskiego bezpośrednio lub pośrednio od owej „filozofii natury
Schellinga, która się opiera na tem pojęciu „organizmu jednego i
wspólnego całej przyrody” i z tego pojęcia
a priori cały
swój system wyprowadzała, a co więcej, całą naukę o państwie i społoczeństwie w
Niemczech tą „organicznością” swoją zaraziła i zagmatwała. Zresztą przyznać
trzeba, żo to pojęcie „organizmu jednego całej przyrody” ma swojo historyczne
znaczenie, bo było przejściem do monizmu; to też wykazawszy tylko jego dowolność
i czysty aprioryzm u Sup., tem chętniej przebaczamy mu
salto
mortale logiczne, o ile
i on śmiałym tym skokiem
z metafizycznych sfer dostaje się na czysty grunt monizmu: „...bo świat zwany
umysłowym nie ma oddzielnego istnienia, a zatem i praw oddzielnych. Prawa świata
fizycznego powtórzyć się muszą w umysłowym świecie...” Można było do tej prawdy
dojść inną drogą, bez pomocy Schellingowskiego wszechorganizmu, ale mniejsza o
to – bądźmy zadowoleni, że
Supiński, i
może jako pierwszy monista w Polsce, prawdę tę wypowiada. Oby jej tylko był
pozostał wiernym, trzymał się jej konsekwentnie i w właściwy sposób ją stosował
do objawów świata i życia! Niestety, sposobu tego nie użył. Zaraz to wykażemy.
Ni stąd ni z owąd z „dwoistego ruchu” wydostał w
mgnieniu oka „dwie siły.” „Sił jest tylko (?) dwie w przyrodzie – powiada on:
siła rzutu i siła przyciągania; tak jak dwojakie jest tylko stanowisko każdego
istnienia, będącego raz całością samą w sobie, raz częścią rozleglejszej
całości” (65). Mniejsza znowu o to, że Sup. na samem porównaniu, na samem „tak
jak” opiera znowu wywód „dwóch sił:” boć z samego faktu istnienia w świecie
całości i części jeszcze nie wynika istnienie dwóch sił; to znowu tylko domysł,
jak wogółe pojęcie siły działającej w ciałach jest tylko formułką pomocniczą
tymczasową W celu rozwiązania pewnych zagadnień fizycznych. Nie mamy więc
potrzeby spierać się o sposób wywodu tych sił, niechaj sobie będzie w świecie
fizycznym siła rzutu i przyciągania (zwłaszcza że i astronomowie tą formułką
posługują się oddawna). Ale przypatrzmy się, jak Sup. stosuje to „pra-prawo”
dwóch sił do objawów społecznych,, „To prawo przyciągania – powiada on –
mierzące wzajemny stosunek ciał niebieskich, rozciąga się do wszystkiego, co na
nich istnieje: ludy drobne, przyrastają do wielkich i w nich toną; majątki
wielkie wzmagają się szybko kosztem drobnych, które ich atrakcyi oprzeć się nie
mogą.” Rozumowanie to zdaje nam się zbyt śmiałe! Pytamy co to jest za
wytłómaczenie zjawiska ekonomicznego, że majątki wielkie wzmagają się kosztem
drobnych – lub też politycznego, że wielkie państwa pochłaniają drobniejsze, co
to jest za wytłómaczenie tych zjawisk, jeżeli nam Sup. powiada: to jest siła atrakcyi! Wszak wytłómaczenia w tym celu tylko
żądamy i w tym celu ono się daje, aby uzmysłowić jakiś proces, pokazać jak on
się odbywa. Inaczej wytlómaczenie nie jest wytlómaczeniem – i nie ma celu.
Jeżeli jednak wobec wspomnianych zjawisk społecznych Sup. nam powiada, „to jest
siła atrakcyi,“ to tyle wiemy, co przedtem – „und ich bin so klug als wie
zuvor“. Czy ktokolwiek zdoła sobie przez samo takie objaśnienie wyobrazić działanie tej siły, mocą którego wielki majątek
pryciąga drobny lub wielkie państwo przywłaszcza sobie mniejsze? Co innego jest
zupełnie hipoteza „siły atrakcyi“ w astronomii, gdzie chodzi tylko o
wytłómaczenie krążenia planet koło słońca i tam ona nietylko wystarcza do uzmysłowienia sobie procesu krążenia, ale co więcej
powierdzoną być może, a właściwie pogodzną z faktami tak
dalece, żo oparte na tej hipotezie obrachunki sprawdzają się. Tam więc
umiejętność długo jeszcze a może zawsze posługiwać się będzie hipotezą „siły
atrakcyi.“ Inaczej rzecz się ma w dziedzinie zjawisk społecznych, ekonomicznych
i politycznych. Czy „siłą atrakcyi“ możemy sobie choćby nawet w naj
niedokładniejszy sposób uzmysłowić proces podboju jednego narodu przez drugi lub
wzmagania się majątku wielkiego kosztem drobnego? Albo czy potrafimy, podobnie
jak astronom, kiedy opierając się na tej hipotezie oblicza przyszłe zaćmienia
słońca, obliczyć czy i kiedy np. Dania podbitą zostanie
przez Niemcy? Jeżeli nam więc wśród zjawisk społecznych ta hipoteza „siły
atrakcyi“ nic nie uzmysławia, nic nie tłómaczy, do niczego nam się nie przydaje,
cóż ona ma tutaj za znaczenie? Żadne; znaczy chyba tyle co – przyczyna
niewiadoma! Ale wtedy lepiej jest wprost powiedzieć: przyczyna niewiadoma jak
„siła atrakcyi:“ bo przyznanie się do niewiadomości jest pobudką do badań;
podstawienie zaś formułki „siła atrakcyi“ jest łudzeniem siebie samego.
Otóż
Supiński (i
nietylko on!) tem błądzi, że domyślając się słusznie, iż jedne i te samo prawa
ogólne rządzą światem fizycznym i umysłowym (a zatem i społecznym) przenosi
żywcem prawa sformułowane przez astronomów i fizyków dla ruchów ciał fizycznych
na dziedzinę życia społecznego – i wszelkie objawy społeczne chce wytłómaczyc
siłą rzutu i przyciągania. Powiadam, że tem błądzi
Sup. i że takie stosowanie powszechnego prawu fizycznego do zjawisk społecznych
jest niewłaściwem: bo ta sama formułka, która w świecie fizycznym dobrze spełnia
zadanie swoje, tłomacząc nam zjawiska odnośne, tutaj celowi temu nie odpowiada,
a zatem tutaj nie ma uprawnienia, co gorzej, nie ma innego znaczenia – jak chyba
tylko analogii,
148
przenośni lub porównania z jakiemś dalekiem,
mglistem podobieństwem.
Błąd ten przenoszenia żywcem praw świata fizycznego na
dziedzinę umysłową i społeczną popełniali i popełniają przed i po
Supińskim liczni socyologowie. Ale już
Holbach (w
Systemie natury), który podobnież jak Supiński bierze
„ruch” za punkt wyjścia swych wywodów, a siły przyciągania i odpychania za
główne sprężyny poruszające wszechświatem, już
Holbach
powiadam, ustrzegł się tego błędu przenoszenia żywcem praw fizycznych na
dziedzinę umysłową i społeczną, a mówiąc o człowieku i zachowaniu się jego, nie
mówi o siłach przyciągania i odpychania, ani o sile ciążenia, ale o „
samozachowawczości” jako popędzie naturalnym człowieka.
Ważna to rzecz, żeby nie przenosić niewłaściwie praw powszechnych z jednej
dziedziny na drugą; bo każda odrębna sfera zjawisk posiada właściwe sobie prawa;
bez wątpienia, wszystkie te prawa mają jakąś wspólną przyczynę, jakieś wspólne
źródło – którego jednak jeszcze nie znamy. Chcąc zaś badać przedmiotowo
poszczególne różnych dziedzin zjawiska, powinniśmy trzymać się uważnie natury
tych zjawisk i nie mieszać z sobą różnych sfer (a więc np. ciał niebieskich z
światem roślinnym i zwierzęcym itd.) i w każdej właściwych naturze jej zjawisk
szukać praw. – Przeciwko tej kardynalnej zasadzie metodologicznej w socyologii
grzeszy
Supiński i
wielu innych, jak np.
Schäffle i
Lilienfeld w
Niemczech, którzy prawa życia zwierzęcego, życia organizmów zwierzęcych,
przenoszą żywcem na rozwój społeczny i państwowy. Stąd wynika niejasność wywodów
i myśli – które się gubią w mgle czczych upodobnień i nie dają żadnego
dodatniego rezultatu umiejętnego.
III.
161
Spodziewam się, że dalszy rozbiór
„Fizyologii Wszechświata” uwydatni może myśl mojej uwagi. Przekonamy się bowiem,
że w miarę jak autor z dziedziny zjawisk fizycznych zstępuje do organicznych lub
społecznych, stosowanie „praw powszechnych” staje się coraz mniej jasnem, mniej
zrozumiałem i nabiera coraz więcej cechy mistycyzmu. Oto przykład: „Wynikłość
dwóch sił niebieskich, nie napotykających nigdzie zapory, spaja ostatni punkt
łuku z pierwszym, zakreśla koło, linię bez końca i początku, wiekuistość,
nieśmiertelność. Tak krąży życie powszechne w przyrodzie, tak krążą soki
organiczne,
tak żyje ludzkość cała” (68). Rozumie
162
my początek tego ustępu, który krążenie ciał niebieskich
przedstawia jako rezultat działania dwóch sił rzutu i przyciągania; już mniej
jasnym jest związek między temi dwiema siłami a krążeniem soków organicznych,
ale zawsze jeszcze myśl uchwytna ale już ostatnie słowa „tak żyje ludzkość cała”
– są wyrażenia tajemnicze. A choć autor ten pomysł ciemny w rozmaitej formie
kilkakrotnie powtarza, nie umie wytłumaczyć nam go, bo zapewne dla niego nigdy
jasnym nie był. „Tak się kręci – powiada S. – w powietrzu kij w jeden uderzony
koniec, tak leci ziemia jedną potrącona hemisferą, taki
ruch
kręty widzimy w każdem świeżo poruszonem towarzystwie, bo nigdy siła
nowej idei, nowa siła rzutu, nie uderzy naraz we wszystkie jego części.”
Rozumiemy, co jest kręty ruch kija w powietrzu, ale co jest „kręty ruch w
towarzystwie?” W każdym zaś razie, kto o „krętym ruchu w towarzystwie” mówi,
może to tylko czynić używając przenośni lub analogii – które w nauce nie mają
wagi. W nauce mamy prawo żądać jasnych myśli; przenośnie, analogie i porównania
tyle tylko są tu właściwe, o ile przyczyniają się do ułatwienia wykładu, do
uwydatnienia myśli – ale samemi przenośniami i analogiami żadna umiejętność nie
może się zadawalać, bo one same nigdy myśli jasnej nie zastąpią; co więcej nie
tylko nam nie dają możności kontrolowania prawdy, ale najczęściej także
wypierają autorów z drogi trzeźwych myśli na manowce fantastyczności i –
złudzeń. Niech czytelnik sam sądzi:
„Przewaga
siły przyciągania –
powiada Sup. – sprawia, że kamień młyński leci
cały
wirowym pędem; przewaga
siły rzutu rozsadza go na części,
niemi ściany przebija i ludzi morduje.
Oderwane od środka
ciążenia społeczne jednostki, rozbiegają się w kierunku odśrodkowym, niosąc
często podobne mordy i pożogi.“ Nie potrzebuję chyba dowodzić, że to
zestawienie kamienia młyńskiego z jednostką społeczną wypadło dość niefortunnie.
Nie wątpię, że na dnie duszy autora, kiedy słowa te pisał, drzemała jakaś myśl,
albo raczej jakieś uczucie – a u
Supińskiego
uczucia są zawsze szlachetne. Otóż „oderwana od środka ciążenia jednostka
społeczna” budzi w nim zgrozę; kto wie czy byłemu emigrantowi nie nasunęły się w
tej chwili jakieś ciemne strony „oderwania jednostek od środka ciążenia” – czy
jakieś uczucie posępne, jakaś myśl smutna nie mignęła na tle jego wspomnień: ale
skąd racya porównania „oderwanej od środka ciążenia jednostki” z rzuconym
kamieniem młyńskim, który rozsadza ściany – i co znaczy porównanie z dodatkiem
„często?” Owszem, więcej prawdy może byłoby w twierdzeniu, żo zwykle tylko takie
społeczne jednostki niosły mordy i pożogi, któro nie były oderwane od środka
ciążenia. Ale dość o tem!
Sądzę, że czytelnik sam oceni, jak niebezpiecznomi dla
prawdy i umiejętności są te analogie i porównania, podjęte tylko w celu
wykazania, że „prawa fizyczne powtarzają się w świecie umysłowym,” że „co jest
prawem świata fizycznego, nie przestanie niem być w dziedzinie ducha” (75).
A jednak, pomimo wielkiej śmiałości w przenośniach i
Supiński
zmuszony jest przekształcać to „siły” i różne nadawać im nazwy, w miarę jak z
jednej dziedziny zjawisk przechodzi do innej. I tak choć w rozdziale „pra-prawo”
kilkakrotnie powtarza że „dwie tylko siły istnieją w przerodzie” siła rzutu i
przyciągania, że to są „dwie
jedynie istniejące siły” i
że już „
nigdy nie powstanie siła trzecia: zwracając się
do świata zwierzęcego, zmuszony jest wziąść na pomoc trzecią:
siłę rozkładu, którą wszakże stara się przedstawić jako odmianę siły
przyciągania. W świecie zwierzęcym bowiem miał wytłomaczyć zjawisko śmierci,
czego samą siłą przyciągania objaśnić nie zdołał. Pomaga sobie więc następującą
argumentacyą: siła przyciągania pojawiać się musi dwojako. „Jest ona
rzeczywiście przyciąganiem, pokąd utrzymuje całość pojedynczego ciała, spajając
w jedno wszystkie składające jej części; staje się siłą rozkładu gdy przyciąga i
łączy jednorodne lub pociągliwe nawzajem pierwiastki, tj. cząstki rozrzucone po
ciałach oddzielnie istniejących, zatem bez względu na też ciała.” Są to dosyć
dowolne tłomaczenia i kombinacye, ale koniec końców nie mogąc wytłomaczyć
wszystkich zjawisk temi dwiema
„Jedynie istniejącemi”
siłami, przyprzągł trzecią siłę „rozkładu” żeby z ciężkim wozem systemu swego
łatwiej wyjechać na bity gościniec. Rozpatruje więc najprzód działanie ,,siły
rozkładu w powszechności” a to na tle przyjętej przez niego prawdy
wieczności materyi i siły. „Skorupa ziemi składa się z
samych niemal pierwiastków żywotnych podzielnych do nieskończoności,
których zasób nigdy się nie zmniejsza, siła nigdy nie usypia,
własności nigdy nie słabną; z pierwiastków, które nigdy nie były
młodszemi i nigdy starszymi nie będą.” „Te pierwiastki i dwie powołane siły
(rzutu i rozkładu), po za którymi nie ma istnienia i ruchu, są źródłem
wszystkich czarujących przerody pojawów, są życia wszelkiego zarodem i
podstawą.” Głęboką myśl wypowiada Sup. w ustępie: „Przeobrażenie szybkie istot
organicznych, odbywające się przed oczami naszemi, jest dla nas pewnikiem,
wiedzą wykończoną, prawdą pełną; bo doświadczenie jest jego prawdziwości
rękojmią. Fenomena, których rozległość sięga dalej, niż zmysły nasze sięgnąć
mogą, których trwanie przechodzi życiu naszemu zakreślone granice, zobojętniają
poszukiwania, lub budzą w nas wątpliwość tam nawet gdzie człowiek drogą
następstw zaspokoił surowy sąd rozumu. Nie towarzyszymy powstaniu i niknieniu
kamienia; nie znamy stosunku zachodzącego między atomami ciał niebieskich. Lecz
któż wie czy stygnięcie i tężenie ziemi nie jest dojrzewaniem młodej jeszcze
latorośli lub starzeniem się twardniejącego już dębu?” W takich myślach często u
Sup. napotykających się leży dużo fermentu umysłowego; pobudza on do myślenia,
co może największą jest zasługą jego dzieła, które dodatnich rezultatów nie
daje, ani w sposób konsekwentny głównych zasad, na wstępie wypowiedzianych, nie
przeprowadza. Bo przecież kolejne wyliczanie i przypisywanie zjawisk rozkwitu,
siły, młodości, życia – sile rzutu, a zjawisk pruchnienia gnilizny, śmierci sile
rozkładu, nie jest jeszcze umiejętnem przeprowadzeniem, tem mniej udowodnieniem.
W ten sposób jednak przeszedłszy objawy siły rozkładu i rzutu
w powszechności (tj. w naturze fizycznej, roślinnej i zwierzęcej)
zwraca się Sup. do wykazania zjawisk sił tych u człowieka i w społeczeństwie.
„Człowiek istnieje w trzech organizmu stopniach: jest
rośliną, zwierzęciem i rozumem” „żyje siłą rośliny, przyjmuje wrażenie
zwierzęcymi zmysłami, a sądzi ducha potęgą” (104). W rozwoju jednostki widzi
autor rozwój „siły rzutu” właściwej każdej jednostce; ale znowu ta sama „siła
rzutu” nie wystarcza mu do wytłomaczenia wszystkich zjawisk rozwoju ludzkiego.
„Ażeby człowiek – powiada on – z tak kruchych wątków tak rozległe rozpostarł
panowanie, musiał mieć ku temu siły olbrzymie; siły tem więcej zadziwiające, że
sam był tej wielkiej budowy (cywilizacyi) robotnikiem i materyałem.
Gdzież są te siły? W jego wiedzy.“ Żeby jednak kto nie
sądził, że to są jakieś nowe siły, autor dodaje zastrzeżenie, że ta „duchowa
część życia człowieka” jest „część
siły rzutu jemu samemu
właściwa” (138). Tak przechodzi do rozbioru psychologicznego władz umysłowych
człowieka – tych „sił,” które są „częścią siły rzutu.” Wylicza: pojęcie,
uczucie, pamięć, wyobraźnię i sąd, poczem powiada: „Powyżej tych pięciu pokładów
jednolitej umysłowoj całości stoi jej część najokazalsza, znamię samodzielności
człowieka: jego wola, wolność.” Co następnie Sup. o wolnej woli człowieka mówi
trudno znowu pogodzić z wypowiedzianemi przezeń przedtem zapatrywaniami
monistycznemi. Bo albo człowiek podlega, jako cząstka wszechświata, „
powszechnym prawom,“ albo nie; jeśli im podlega, wtedy
wolnej woli nie ma; jeśli jest wolna wola, to „powszechne prawa” nie posiadają
władzy nad człowiekiem. Tu nie ma innej drogi – przynajmniej dla logicznego
rozumowania. „Wolna wola” jest mu koniecznie potrzebną; różne uczucia i narodowe
i religijne składają się na to, aby dla niego „wolną wolę” uczynić niezbędną.
Jest to jakby stary mebel z którym właściciel rozłączyć się nie może. „U nas –
powiada on –
wolność jest tylko jedna, jak jedną jest
wola człowieka. Ta naczelna i kierująca trybem życia
naszego potęga oddzieliła nas stanowczo od reszty istot martwych i żyjących; a
jeżeli jest prawdą, że człowiek w łonie swojem nosi bóstwa zaród, tym świętym
zarodem jest wolna wola.” Tu oczywiście nie przemawia już
myśliciel
Supiński który potępił wielkie „rozumowanie
a
priori,” ale ów drugi Supiński, stojący na gruncie starych tradycyj.
Ten zaś tak dowodzi: „Stwórca, dając człowiekowi tę straszną potęgę, ten miecz
obusieczny, losy jego poruczyć musiał (?) jemu samemu; bo czemże byłaby wola,
której woleć nie wolno? Człowiek bez woli nie byłby człowiekiem; człowiek z wolą
staje się półbogiem lub czartem itd.” Tego drugiego
Supińskiego
nie mamy potrzeby zbijać; czytelnik już wie, że on posługuje się argumentami
a priori, które pierwszy
Supiński
potępia. Czy Stwórca dał człowiekowi wolę, czy mu ją dać musiał i dla czego mu
ją dać musiał – to są rzeczy, których umiejętność sprawdzić nie może: my o tem
nic nie wiemy i dziwimy się tylko, skąd o tem ma wiadomość
Supiński.
Szczęściem, że po każdej takiej wycieczce w sferę uczuciową wraca on na grunt
realny, po uczuciu zabiera znowu głos rozum: „Gdyby wola człowieka, wznosząc się
po nad inne części jego duchowej potęgi, mogła istnieć niezawiśle od nich i
stanowić w nim oddzielną całość, wtedy człowiek przestałby być jednostką, miałby
dwie siły rzutu, zatem dwa istnienia. Wola jego wszakże opiera się na jego
sądzie; sąd na wcześniejszych
wrażeniach.“ A więc jednak
wola jest
zawisłą a mianowicie od
sądu i od
wrażeń sąd poprzedzających. Co jest
zawisłem – nie jest
wolnem.
Przyznaje to zresztą i Sup. mówiąc, że „wykształcenie pojęć, uczuć i sądu
kieruje wolą człowieka” – ale żeby zarazem pocieszyć
człowieka po odmówieniu mu wolnej woli dodaje że i „mądrość Bóstwa kierowała
jego twórczą wolą.” Dla nas ten ostatni argument
a priori
jest zbyteczny: do naszego przekonania trafia i bez niego zdanie o zawisłości
woli od innych czynników moralnych i fizycznych w człowieku, rozwijających się
równie prawidłowo, jak wszelkie inne objawy świata. Dla nas wola człowieka jest
koniecznym wynikiem
pobudek a pobudki koniecznym wynikiem
okoliczności i położenia wpływających na jednostkę. (D. n.).
IV.
173
Najrozleglejszym skutkiem przyrodniczej
siły rozkładu – powiada
Supiński –
jest
stapianie jestestw wszystkich w jedną pomieszaną i
niemogącą rozdzielić się całość; jest wsuwanie się jednych istot między drugie;
stawanie jednych na miejscach opróżnionych przez drugie; jest pozorne zarywanie
obcego, a co przecież nie jest nikomu ani zupełnie
własnem, ani zupełnie obcem. Człowiek samotny ruchu tego obudzić nie mógł;
człowiek skupiony rzędem całym, nie mógł go nie obudzić, bo nie mógł z natury
swojej
siły rzutu nie przukraczać granic własuego
jestestwa; a powszechno,
mimowolne i wspólne wszystkim
przekraczanie granic jestestwa własnego jest już widzialnym pojawem,
niewidzialnej
siły rozkładu.” Z tych słów nie trudno
odgadnąć myśl Sup.; jest ona trochę niezwykłą, może nawet dziwaczną. Chce on
oczywiście te wszystkie objawy społeczne, które prowadzą do
zjednoczenia społeczeństw, a więc wszelkie walki o byt i o mienie itp.
podciągnąć pod ten jeden wspólny mianownik:
siły rozkładu
– równocześnie zaś także konieczność ich wywieść z
siły
rzutu, rządzącej każdą jednostką. Dziwacznem w tym całym pomyśle jest tylko
to, że w myśli autora zlewanie się, amalgamacya społeczeństwa występuje jako
wynik
siły rozkładu.
Jakkolwiek zestawienie takie jest bardzo dowolne, uznać
trzeba w niem usiłowanie podciągnięcia objawów społecznych pod powszechne prawo
przyrodnicze. Co więcej, Sup. nawet stara się z „pra-prawa” swojego wywieść różne prawa „drugiego rzędu.” pod ktoreby mógł
podprowadzić szczegółowe objawy życia społecznego. Metodologiczne rozumowanie
jego w tym punkcie jest zupełnie trafnem. „Jeżeli to, co nam się zdawało pra-prawem świata fizycznego, jest rzeczywiście podstawą
i warunkiem wszechistnienia, a tem samem podstawą istnienia społeczności
ludzkiej; tedy i to, co jest następstwem
pra-prawa tego w świecie fizycznym, musi przejść także w
społeczność; prawa powszechne drugiego rzędu muszą być te samo tu i tam” (161).
Po takiem uzasadnieniu wylicza Sup. cały szereg tych
praw drugiego rzędu, i które rządzą objawami życia społeczności. Przeciwko
metodzie i formie tego postępowania nie mamy żadnego zarzutu: natomiast przeciw
poszczególnym przez niego sformułowanym
prawom drugiego
rzędu dałoby się niejedno powiedzieć. Pierwszem takiem prawem ma być to, że
„istnienie powszechne jest
darmo” (161), co ma znaczyć,
że „przyroda jako twór stanęła darmo a
nienabyta przez
nikogo przez nikogo zbytą być nie może.” Jakim sposobem zdanie to, wyrażające w
najlepszym razie
fakt naturalny, ma być
pra-prawem – nie wiemy. Wszak przez
prawo
rozumiemy formę, w jakiej objawy świata stale i regularnie się powtarzają, a
właściwie ową przyczynę, którą tej prawidłowości formy objawów podsuwamy. Fakt
zaś, że „przyroda stanęła darmo” – jest tylko faktem – chyba Sup. chce
powiedzieć, że przyroda i dzisiaj i w przyszłości zawsze
darmo tworzy. Mniejsza o to zresztą, ale jakiż jest cel takiej formułki?
Przypomina ona bardzo teoryę
Russeau’a i
późniejszych komunistów – którzy na tym pewniku, że przyroda jest „nienabyta
przez nikogo,” uzasadniali żądania swe zniesienia własności. U Sup. jednak prawo
to służy tylko za punkt wyjścia do uzasadnienia „
wrodzonej (?)
własności.” Powiada on bowiem: „Człowiek, stanąwszy w przyrodzie
istniejącej darmo, rzuci się na nią z chciwością... ziemia będzie głównym jego
natarcia przedmiotem... jego wiedza i praca utkwią w ziemi... ona stanie się
częścią jogo samego... kawałok ziemi, w którym zaszczepił część siebie, z którym
się zrósł przoz swoją wiedzę i pracę, pozostanie na zamsze jego
wrodzoną własnością; a gwałt, zadany własności, będzie
gwałtem zadanym jemu; jej zabór będzio zamordowaniem części jego istnienia,
będzio odcięciom części jego ciała.” Jest to więc wywód własności i prawa
własności na pozór z pra-prawa fizycznego. Jasnym on nie jest; dzisiejsi
socyologowio przedstawiają ten proces wyraźniej; ale jest to pierwsze mgliste
przeczucie, że utworzenie się własności polega na jakiomś powszechnem prawie,
rządzącem rozwojem społeczeństwa.
Drugiem prawem powszechnem (drugiego rzędu) jest według
Sup.
rozmaitość powszechna, z której wypływa trzecie
prawo powszechne (drugiego rzędu)
podział przyrodzonej
pracy. „Podział pracy na olbrzymi rozmiar rzucony w przyrodzie całej, jest
siecią, pokrywającą powierzchnię ziemi, splatającą części w niepodzielną całość,
w stowarzyszenie powszechne, gdzie wszystko istnieje w zawisłości od
wszystkiego” (164). Na tem prawie polega „rozdział zatrudnień i podział pracy” w
społeczeństwie. Czwartem prawem takiem jest prawo „
wyścigów
powszechnych” (coś na kształt Darwinowskiej „walki o byt”). Polega ono
na stosunku koniecznej równowagi, jaki istnieje między „
ilością jestestw i możnością istnienia!“ (pomysł
Malthusa!)
Sprzeczność bowiem między pragnieniem a możnością wywołuje wszechstronne
wysilenia; każda pojedyncza istota chce u biedź i po za sobą zostawić inne
jednostki; wysilenia wszystkich są przyrodzonemi istot organicznych wyścigami”
(168). „Istoty organiczne wyścigać się mogą pojedynczo, albo rzędami całymi; te
ostatnio wyścigi poprzedzić musiały tamte, bo przyrodzony podział istot
organicznych na rzędy opierał się długo bezwzględnym wyścigom jednostek,” Jest
to myśl bardzo trafna, a niech mi wolno będzie przypomnieć, że i dziś to
„wyścigi rzędami” ważniejsze są w społeczeństwie, aniżeli wyścigi jednostek,
jeżeli przez „rzędy” zrozumiemy szczepy, narody, warstwy ludności, stany itd.
Jako piąte nareszcie prawo powszechne (drugiego rzędu) stawia Sup. równowagę
między
prawami i
obowiązkami
jednostek, którą wywodzi z równowagi stanu
czynnego i
biernego każdej istoty organicznej, rozumiejąc przez stan
czynny wszystkie funkcyo odnoszące się do rozwoju organizmu, a przez stan bierny
wszystkio „poświęcenia istnienia szczegółowego trwałości ciała zbiorowego”
(174). Jest to porównanie dość naciągane między objawami
siły
rzutu a objawami
siły rozkładu w organizmie z
jednej strony a prawami osobnika i obowiązkami jego względem społeczeństwa z
drugiej. Myśl tę uwydatni może powyższy ustęp: „Stopniowanie, wzajemność i
równowaga stanu czynnego ze stanem biernym, zatem praw i obowiązków, któro
dostrzegamy w przyrodzie, będące stopniowaniem, wzajemnością i równowagą, zatem
warunkiem istnienia organicznych istot i stowarzyszeń, pozostać muszą
społecznemi prawami. Jakoż,
obowiązki
bez praw przytłumią istnienie jednostek: prawa bez obowiązków
rozstrzelą całość zbiorową; obowiązki uprzedzające prawa będą powolną śmiercią
jednostek i całości; prawa uprzedzające obowiązki rozwiną siły czynne, których
część ma przejść w stan bierny.”
Wyliczywszy te prawa powszechne drugiego rzędu,
przechodzi Sup. do wykazania: „jak prawdopodobnie to przyrodniczo prawa wrastały
w tworzącą się społeczność i jak społeczność ta a raczej ludzie, którzy nią
kiedyś związać się mieli, przygotowywali wielkiego żywota materyał, pierwiastek życia społecznego.” Kreśli zatem obraz
rozwoju społecznego głównie ze stanowiska ekonomicznego. A więc kładzie nacisk
na „tworzenie zapasu,” jako na pierwszy krok ku cywilizacyi; na „pracę i
wiedzę,” jako najpotężniejsze czynniki tego rozwoju; następnie na „zamianę,”
której „dzieje są dziejami ludzkości.” Trafnie zauważa, że „zamiana stanęła na
miejscu gwałtów i zaborów.” Dlatego też „przedmiotem zamiany było to samo, co
było przedmiotem gwałtów i zaborów, to jest: praca
człowieka” (190). „Gwałty i wymiany szły razem i długo jeszcze razem iść
będą; gwałt leży w pierwotnej naturze człowieka, wymianę on narzucił sobie (?
wynika ona raczej z natury potrzeb jego!)... wojny wciskają się między traktaty;
wymiany jeńców towarzyszą wojnom; świat się chwieje między jednom a drugiem, bo
zamiana powszechna – to bezpieczeństwo, to wolność, to sprawiedliwość
powszechna, to ideał...” „...w społeczności, w której już wymiana stanęła na
miejscu rozboju, powszechnem usiłowaniom ludzi być musi zwiększać użyteczność
(wyrobów) dla drugich, umniejszając pracę dla siebie...”
To i tym podobno działania społeczne stara się Sup.
przedstawić jako objawy „sił rzutu i rozkładu.” Przy tem tu i owdzie błyśnie
myśl trafna, ale całość wywodu jest zbyt niejasna i pełna mistycyzmu. Czuje on
sam niedostateczność tych rozumowań, bo w następującym rozdziale chce je znowu
uzupełnić faktami. „Cośmy w tym zakresie dotąd powiedzieli, było rozumowaniem
tylko; przejdźmy na
174
pole faktów i zobaczymy z kolei, opierając się
zawsze na naszem
pra prawie, jak prawdopodobnie
społeczność ta powstała; następnie, jakim uległa przejściom, wreszcie w jaki
sposób w przyszłość rozwijać się zdaje.” Znowu więc
ab
ovo zaczyna. Podnosi ważność „wyrozumowańia wypadków, którym towarzystwo
ludzkie istnienie swoje winne” (212) i powtarza zdanie nienowe, że „siłą
zawiązującą społeczność jest
trwoga” (213). Znowu kreśli
początek ludzkości podobny do stanu zwierzęcego i rozwój jej powolny jako objaw
siły rzutu. „Wiara, wywołana trwogą, była pierwszym,
poczya drugim krokiem, jaki człowiek uczynił na drodze pojęcia, uczucia i sądu”
(220). Następuje dalszy rozwój tych trzech sił umysłowych – a więc prawodawstwo,
umiejętności itd. Po skreśleniu tego rozwoju na tle historyi, choć bardzo
pobieżnie i dowolnie grupując fakty, kończy tak: „Oto kilka uderzających zarysów
spotęgowanej i już niezawisłej
siły rzutu; oto obraz
szczytu wysokości, gdzie człowiek dostaje zawrotu głowy, na którym traci
równowagę i skąd go zdmuchuje prąd przyrodniczej
siły
rozkładu.”
Pojawom tej „siły rozkładu” poświęcony jest ostatni
rozdział, w którym Sup., jak sam powiada, chce dotknąć „kilka ważniejszych
wypadków, gdzie ukryta i siłami rzutu nieprzerwanie tłumiona, lecz nieśmiertelna
siła rozkładu oblicze swoje po nad społeczną
wychylała powierzchnię.” Jednym z tych wypadków jest upadek Rzymu – trudno
jednak streścić myśl tego rozdziału, bo tutaj autor coraz więcej wpada w
mistycyzm. Niech czytelnik sam sądzi: „Chrześcianizm był kometą; ruchy ludów
potopem; upadek Rzymu trzęsieniem ziemi w łonie ludzkiego świata. Jakoż,
przepowiednie, sny i przeczucia, dziwne zjawiska i znaki złowrogie pojawiły się
po całej jego przestrzeni: głuche w głębiach ziemi dudnienie słyszano naraz w
Gallii, Hiszpanii i Italii; – księżyc zaćmił się przy wschodzie, kometa
niezwykłej wielkości zaogniła niebo od zachodu, od północy roztoczyła się ponad
ziemią krwawa czerwoność, wśród której ognistemi dzidami staczały boje ludzkie
postacie”
W jakim celu Sup. o tem wszystkicm wspomina? Oto
powiada: „Któż wie, czy wielkie, ale rzetelnie wielkie w dziejach ludzkich
wypadki nie są odległem odbiciem, ostatnim kręgiem wielkich gdzieś poruszeń w
przyrodzie całej, będącej niepodzielną całością.” To już nie jest monizm, ale
mistycyzm. Bo wprawdzie monizm, odrzucając rozróżnienie między światem fizycznym
i moralnym, przypuszcza związek ich ścisły, jedność świata, jedność sił i praw
światem rządzących, ale nie sprzęga z sobą rzeczy różnorodnych i zjawisk
społecznych nie łączy ze zjawiskami meteorologicznemi i astronomicznemi
Trzęsienia ziemi bywały zawsze i bywają dzisiaj – ale cóżby miał być za związek
między trzęsieniem ziemi i upadkiem państwa rzymskiego? Upatrywać taki związek,
przypuszczać go tylko, jest mistycyzmem.
Skutki upadku państwa rzymskiego i znaczenie głównych
wypadków wieków średnich podnosi Sup. w znany historyozofii sposób który się
odznacza – dowolnością grupowania faktów i przemilczeniem innych,
nioprzypadających do zamierzonej konstrukcyi. Tak np. po upadku państwa
rzymskiego „ludzkość wróciła rzeczywiście (?) na
stanowisko, z którego wyszła.” „Przestano wierzyć w ziemską społeczność; każdy
uciekał od niej, bo w niej zatrute grasowały wyziewy. Ludzie kryli się przed
ludźmi; niedostępne wśród skał pieczary, głębokie ówczesnych lasów gęstwiny...
zaludniły się pustelnikami: ojcowie rodzin opuszczają żony. topią dzieci itd.”
Pominąwszy już, że Sup. wydaje sąd o „ludzkości,” nie mając najmniejszej
wiadomości o ówczesnym stanie największej jej części w Azyi, Ameryce i Afryce;
alo choćby tylko ta cząstka Europy, o której on myśli, mieściła w sobie całą
ludzkość – to obraz powyższy nie odpowiada bynajmniej rzeczywistemu. Natomiast
szereg takich obrazów ma ilustrować działanie siły
rozkładu w społeczeństwie. Jest to ostatni rozdział „Fizyologii
wszechświata.” W „Zakończeniu” sam o treści dzieła swego tak się wyraża:
„Przebiegliśmy prawa powszechne wazechistnienia, z pod których społeczność
ludzka jako część onego wyłamać się nie zdołała; widzieliśmy w kilku ogólnych
zarysach objętą przeszłość i obecność; zobaczmy jej prawdopodobną przyszłość. Ta
przyszłość musi być wynikłością przeszłości i musi na tych samych rozwijać się
prawach.” Powtarza następnie jeszczo raz główno rysy swej tooryi; o przyszłości
zaś kilka bardzo apokaliptycznych zdań wypowiada, jak np.: „Ziemia stygnie i
ludzie stygną; ziemia się wygładza (?) i ludzkość się wygładza. Powierzchnia
ziemi i ludzkości usiłują stać się jedną równiną; równina jest dążnością świata
fizycznego (?) i znamieniem sprawiedliwości odwiecznej.” (?) Kończy słowami:
„ponad ludzką wolą stoi wola Boga; powyżej ustaw naszych ciążą przyrodzone
prawa; „legeslegum sunt”
Nie wątpię, żem czytelnika zmęczył tem sprawozdaniem z
„Fizyologii wszechświata:” ale niechaj on mi wierzy, że sam więcej się
zmęczyłem, czytając dzieło to uważnie. Trudno,
dziś nie
przypada ono już do naszego smaku i usposobienia; nie odpowiada naszym
wymaganiom umiejętnym. Ale nie trzeba zapomnieć, że od czasu napisania tej pracy
ćwierć wieku upłynęło. Dzieło to przedstawia pierwsze mgliste przeczucia
umiejętności społecznej; nosi na sobio piętno pierwszych chwiejnych i niepewnych
kroków w tym kierunku. Zostanie ono zawsze ciekawym pomnikiem historycznym. Nas
dzisiaj wiele nauczyć nie może; dla nas najciekawsze są w dziele błędy metody i
optyczne – że tak powiem – złudzenia umysłu, szukającego prawdy, alo niemogącego
się pozbyć różnych przesądów i uprzedzeń nietylko swojego czasu, ale
oddziedziczonych po przeszłości. I w innych litoraturach europejskich początki
socyologii nie były inno. Mają włosi swojego Giambattistę
Vico, którego
Principi di una Scienza nuova (1725) dziś takie same na
nas robią wrażenie, jak „Fizyologia wszechświata”
Supińskiego.
Bo jakkolwiek
Vico był daleko
uczeńszym, aniżeli
Supiński,
jednak nie mógł się oswobodzić od różnych przesądów czasu swego, a jakkolwiek
przeczuwa potrzebę „nowej umiejętności” społecznej, zabiera się do zbudowania
jej obciążony wszystkimi przyborami teologii. A wreszcie w naszym czasie, w
ostatnich latach jakież są początki socyologii w Niemczech? Oto tacy uczeni, jak
Schäffle i
Lilienfeld,
o których już wspomniałem, piszą kilkotomowo dzieła pełne ogromnej erudycyi, w
których dowodzą, że życie społeczeństwa nie jest niczem innem, jak tylko inną
formą życia organicznego. Nie dziwmy się więc, że praca Sup., który pierwszy u
nas chciał stworzyć naukę o społeczeństwie, opartą na prawach przyrodzonych, ma
dużo wad i błędów, sądzona z dzisiejszego stanowiska. Ale przed ćwiercią wieku
zawierała ona dużo myśli nowych i śmiałych; w każdym razie więc w dziejach
literatury naszej zachowa zaszczytne miejsce.
Tom IV
Pism zawiera listy i
artykuły treści społecznej, a więc przedmioty, które Sup. dobrze zna i o których
bardzo przystępnie i jasno się tłomaczy. Oczywista, że i tutaj znajdziemy dużo
zdań dziś już przestarzałych (jak np. co do powstania własności itp.), ale
zawsze rozprawy i rozumowania
ekonomiczne
Supińskiego są ciekawe a czytanie ich nic jest bez korzyści.
O tragedyi w pięciu aktach „Tatarzy,” mieszczącej się w
V tomie pism, krytyka podobno dawno już sąd swój wydała.