Istota rozwoju dziejowego ludzkości, in:
Przegląd Historyczny, 1908, nr 1, s. 1-12
Każdy wypadek życiowy, każde zjawisko dziejowe ma swoją
stronę indywidualną i lokalną a zarazem swoje znaczenie zasadnicze, – że tak powiem:
szatę zewnętrzną, obojętną i – treść ideową. Tłum gapi się na szatę: nauka pyta o
treść. Gazety opisują obszernie tysiące szczegółów, zdarzeń i wypadków: do panteonu
nauki dostaje się tylko ich treść ideowa, ich znaczenie zasadnicze. Tem się
tłumaczy, że myśliciele oddawna już wobec niezliczonego mnóstwa wypadków i zdarzeń
dziejowych stawiają sobie pytanie: jaka ich treść ideowa, jaka myśl tkwi w chaosie
dziejów? W istocie bowiem – bez myśli – dzieje są chaosem: dopiero myśl w chaos ten
wprowadza ład, z chaosu tworzy jakiś kosmos. Dotąd jednak usiłowania myślicieli a
specyalnie filozofów historyi – w nowszych zaś czasach socyologów, dążących do
wykazania takiej treści dziejów, takiej tkwiącej w nich myśli, były dosyć bezowocne:
ani powszechnego nie mogły uzyskać uznania, ani też, zyskawszy chwilowo uznanie, nie
mogły się długo utrzymać. Poznaliśmy niedawno na tem miejscu kilka takich
koncepcyj,
[1]
) z których żadna nie zdołała zjednać sobie
trwałego ani powszechnego uznania. Nie dziw więc, że problemat historyozoficzny
nadal zajmuje uwagę myślicieli, a w ostatnim czasie – głównie socyologów. To też
jeden z najznakomitszych pomiędzy nimi, Gustaw
Ratzenhofer,
poświęciwszy cały szereg dzieł kwestyom socyologicznym i filozoficznym, jako to:
polityce, etyce, monizmowi, krytyce rozumu itp., w ostatnim swoim dziele o
„Socyologii“, którego śmierć przedwczesna (1901) wydać mu samemu już nie pozwoliła i
które obecnie z teki pozgonnej wydał syn jego, – podjął na nowo starą kwestyę: co
właściwie stanowi istotną treść dziejów? Pod jaki wspólny mianownik
2
sprowadzić można te niezliczone wypadki i zdarzenia, których ogół nazywamy dziejami
ludzkimi?
I przyznać trzeba, że sposób, w jaki
Ratzenhofertę
starą kwestyę rozwiązuje jest – przynajmniej pod względem formalnym – wielce
zadawalniający. Powiadam – pod względem formalnym, bo, jak to zaraz zobaczymy,
Ratzenhofertrafnie zauważył i w odpowiednią formułkę ujął kontury
zewnętrzne, w jakich nam się przedstawiają dzieje ludzkie. Formułka ta brzmi:
«Dzieje ludzkości są wieczną walką między indywidualistyczną dążnością jednostek, to
jest „indywidualizacyą“, a uspołeczniającym naciskiem otoczenia, czyli
„socyalizacyą.»
[2]
W istocie, jeżeli się zastanowimy głębiej nad tą formułką,
przyznać musimy, że da się ona zastosować do wszystkich objawów dziejowych, do
wszelkich zjawisk i wydarzeń historycznych. Niech to objaśni przykład: Absolutny
monarcha chce ludowi narzucić wolę swoją; lud powstaje, robi rewolucyę, żądając
ograniczenia władzy monarszej. Treścią ideową tego zdarzenia jest walka między
indywidualistyczną dążnością jednostki („indywidualizacyą“) a uspołeczniającym
naciskiem otaczającego ją ludu („socyalizacyą“). Formułka
Ratzenhofera
znajduje tutaj zupełne zastosowanie. Albo, dajmy na to, wybucha strejk, robotnicy
stawiają różne żądania: wyższej płacy, łagodniejszego traktowania itp. Jakaż jest
treść ideowa tej walki? Nie inna jak tylko ścieranie się indywidualistyczne
jednostki, w danym wypadku – pracodawcy, z uspołeczniającem dążeniem robotników, a
więc – „indiwidualizacyi“ z „socyalizacyą.“
Przypatrzmy się po kolei wszelkim typowym epizodom rozwoju
społecznego i politycznego, a przekonamy się, że formułka
Ratzenhofera
polega na trafnem spostrzeżeniu. Więc zacznijmy od walki absolutyzmu z feudalizmem,
toczącej się w parlamentach średniowiecznych i aż do czasów nowożytnych. Absolutyzm
dąży do uniezależnienia się od parlamentów i sejmów: szlachta dąży do uspołecznienia
rządu, to jest do narzucenia rządowi swojej woli społecznej. Szlachta żąda, aby król
stosował się do woli sejmu, czy parlamentu, reprezentującego wolę jej społeczności.
Mamy więc przed sobą walkę dwóch zasad: indywidualizacyi z socyalizacyą. Chłopi dążą
do uwłaszczenia i do wyzwolenia się z pod
3
władzy właściciela ziemskiego
i to znowu walka tychże samych dwóch zasad,
Papież wyklina modernistów, którzy żądają wolności myśli,
badań, sumienia, wolnego wypowiadania przekonań i uznać nie chcą nieomylności Głowy
Kościoła: Czyż to nie te znowu dwie zasady ze sobą wałczą – społeczność
hierarchiczna z indywidualizmem papieskiem, i socyalizacyą kleru z indywidualizacyą
papieża?
Widzimy tedy, że formułka
Ratzenhofera
jest trafna; ale zachodzi pytanie, czy jest ona naukowo wydajną, t. j., czy może nam
posłużyć do poznania nietylko form zewnętrznych, w jakich odgrywają się wypadki
dziejowe, ale także – najtajniejszych sprężyn czynów ludzkich, składających się na
te wypadki i na zdarzenia dziejowe? Nie waham się na to pytanie odpowiedzieć
twierdząco. Bo formułka
Ratzenhofera
odsłania nam najgłębszy motyw wszelkich działań ludzkich, jakim jest: interes
własny. Z tego źródła wypływają zarówno indywidualistyczne dążenia jednostki jak i
socyalizacyjne dążenia grup, klas, czy stronnictw.
Znając zaś owo źródło działań ludzkich, możemy w każdym
wypadku, czy zdarzeniu, jak po nitce do kłębka, dojść do wyjaśnienia jego genezy,
rozwoju i tendencyi; co więcej, możemy z wielkiem prawdopodobieństwem wysnuć wnioski
co do przyszłego rozwoju każdej akcyi dziejowej, albo ustroju społecznego.
I w istocie,
Ratzenhofer,
wychodząc z tego założenia, że każda istota żyjąca działa i postępuje zawsze w
kierunku swego wrodzonego interesu i, póki jest normalną, nigdy inaczej ani działać
ani postępować nie może, skreślił nam obraz rozwoju społecznego, który nie ma w
sobie nic sztucznego, a którego jasność i prostota dziwną mają moc przekonywującą.
Dzieli on cały rozwój społeczny od prawieków do dzisiejszej
doby na sześć okresów, do których dodaje dwa okresy przyszłościowe, wywnioskowane z
danych przesłanek. Oto szereg tych okresów:
| 1) |
Pierwotny stan społeczny. Odżywianie i rozmnażanie się
ludzi odbywa się bez znaczniejszych walk. Albowiem walkę o byt prowadzą wtedy
ludzie tylko z naturą i ze zwierzętami; hordy ludzkie zaś, unikając walk ze
sobą, wędrują i rozchodzą się po całej kuli ziemskiej, uciekając jedne przed
drugimi. W tym okresie powstały w różnych dalekich od siebie środowiskach
geograficznych główne rasy ludzkie. |
2) |
Okres początków kultury pierwotnej. Szczepy, które
wśród korzystnych warunków stałe obrały sobie siedziby 4 zaczęły z
sąsiednimi szczepami wchodzić w stosunki gospodarczo–handlowe, co dało początek
pierwszym ustrojom społecznym, (szczepom). W tym okresie wytworzyły się też obok
szczepów osiadłych, rolniczych, szczepy koczujące, żyjące z chowu bydła; słowem
– obok rolników powstały szczepy łowieckie i koczownicze – pomiędzy nimi zaś
zjawiły się pośredniczące szczepy handlujące. |
3) |
Okres barbarzyński. Wzrastająca liczba szczepów
koczowniczych stała się powodem coraz to częstszych zatargów ze szczepami
osiadłymi i rolniczymi. Tak nastały czasy barbarzyńskie. |
4) |
Okres wojowniczy. Z czasem rabunki i pustoszenia
ustąpiły miejsca wojnom regularnym, które, kończąc się podbojem i ujarzmieniem
szczepów rolniczych przez szczepy koczujące, dały początek państwom. |
5) |
Okres wszechstronnego wynajdywania nowych warunków
życia. W nowo powstałych ustrojach państwowych klasy panujące pragną coraz
to nowych uciech, zabaw i rozkoszy; przywykają do coraz to wykwintniejszych
potrzeb, których zaspokojenie stanowi zawód i powołanie – klas średnich, kupców
i handlarzy. Tym sposobem zasoby klas panujących spływają powoli do klas
średnich, gdzie dają początek – kapitalizmowi, którego rozwój stanowi główną
cechę następującego okresu; jest to dzisiejszy. |
6) |
Okres kapitalizmu i handlu światowego. Chciwość bogactw
i coraz większych zdobyczy staje się w okresie powodem krwawych wojen pomiędzy
państwami kulturalnymi; pieniądz zaś jedynie daje potęgę i wpływy. Kapitalizm
stał się najpotężniejszym czynnikiem rozwoju. Wyrosła na gruncie kapitalizmu
plutokracya, w sojuszu z resztkami dawnej arystokracyi, dzierży panowanie nad
masami ludu. |
Ale
Ratzenhofer nie
wierzy, aby okres ten był długotrwały – wierzy on natomiast, że przyjść musi
| 7) |
Okres stałych siedzib i harmonijnej produkcyi. W tym
przyszłym okresie rasy cywilizowane wytępią tubylczą ludność w koloniach, a
każdy kraj zamknie granice swoje przed imigracyą obcych. Handel międzynarodowy
ograniczony będzie do najpotrzebniejszych produktów z zagranicy – a kapitał
straci dawną moc i potęgę. |
Ale i ten przyszły okres harmonii i pokoju nie potrwa
wiecznie, bo tak samo, jak wszelkie ustroje giną po przebyciu właściwego swego
rozwoju, tak też i ustroje społeczne, po przebyciu
5
pewnego punktu
kulminacyjnego, chylą się do upadku i wreszcie zginąć muszą. Nastąpi więc niechybnie
| 8) |
Okres zanikających warunków życia, który wszelkiemu
rozwojowi społecznemu koniec położy. Tę ostatnią katastrofę sprowadzą na
ludzkość przyczyny telluryczne: Ponowny okres lodowy. |
Czy po tej katastrofie kiedyś, w następnych okresach
geologicznych, wraz z powrotem nowego życia na Ziemi, rozpocznie się nowy proces
społeczny? Tę kwestyę
Ratzenhofer
słusznie uważa dla nas za obojętną, bo rasy, dzisiaj żyjące, tego odrodzenia życia
na ziemi nie doczekają. One bezpowrotnie i bez zmartwychstania w ostatnim okresie
rozwoju społecznego doszczętnie zginąć muszą. W ten sposób cafy ów, przez osiem
okresów ciągnący się proces społeczny, przedstawiający nam rozrost i rozwój rodzaju
ludzkiego, aż do jego upadku i zaniku ostatecznego, według
Ratzenhofera
tworzy tylko epizod w rozwoju kuli ziemskiej. Stała się ona bowiem na pewnym
szczeblu swego rozwoju geologicznego życiodajną i wydała świat ustrojów, z którego
powstał rodzaj ludzki; ten rodzaj przebiega całą skalę rozwoju społecznego, póki
ziemia, która go wydała, nie ostygnie, nie zlodowacieje i nie pozbawi go środków do
życia. Trudno nie przyznać, że takie pojmowanie życia rodzaju ludzkiego na ziemi
odpowiada najzupełniej dzisiejszemu stanowi wiedzy naszej o świecie i o ziemi.
Możnaby powiedzieć, że takie pojmowanie życia rodzaju
ludzkiego poniża wszelką naukę historyczną. Bo i na cóż się mozolić i głowę sobie
łamać nad ideową treścią dziejów ludzkich, skoro wiemy, że całe te dzieje są krótkim
epizodem życia ustrojów żywych na ziemi, ustrojów, z których w następnej fazie
geologicznej śladu nie pozostanie? Cóż tu mówić o ideach, których istotą przecież
powinna być wieczność, skoro te wszystkie, niby „idee historyczne“, w danej chwili
ostatecznej katastrofy, wraz z całym rodzajem ludzkiem marnie zginą?
Zarzuty takie przeciw filozofii historyi są atoli zupełnie
chybione. Boć ostatecznie jesteśmy ludźmi, a świat ludzki słusznie uważany jest za
przedmiot najgodniejszy naszych badań i naszych dociekań. Że ród ludzki jest niejako
wykwitem kory ziemskiej w pewnym okresie jej przeobrażeń i że w pewnym dalszym
okresie tych przeobrażeń zniknąć musi z jej powierzchni, to bynajmniej nie zmienia
stanowiska naszego wobtec istniejącego świata ludzkiego i jego społeczeństw, których
jesteśmy cząstką integralną. Jako ludzie i cząstki społeczeństw, nie możemy mieć
wyższego interesu nad poznanie istoty społeczeństw i świata ludzkiego. Jako
6
indywidua, mamy interesy fizyologiczne i biologiczne, ale wzniósłszy się
ponad poziom tych interesów indywidualnych, jako ustroje myślące, nic nas bardziej
obchodzić nie może nad poznanie nas samych jako składników społeczeństw, a przez nie
– ludzkości. Ze ta ludzkość, tak jak raz powstała, raz też zaginie, nie zmniejsza to
bynajmniej naszego interesu idealnego: pragniemy wiedzieć, jakeśmy powstali i jak
zaginiemy. Pomiędzy początkiem naszym a końcem leżą dzieje nasze, przeto treść tych
dziejów, i świadomość jak one się odbywały, jakie prawa nimi rządziły i rządzą,
jakie idee w nich wyraz znajdują, – stanowią i stanowić muszą najwznioślejszy
przedmiot dociekań ludzkich.
* * *
Widzieliśmy jak
Ratzenhofer
przedstawia treść dziejów jako rozwój kultury, podniecany przez ciągłą walkę dwóch
zasad: indywidualizacyi i socyalizacyi. Ale
Ratzenhofer nie
rozwinął teoryi swej do ostatecznej konsekwencyi. Zna on bowiem tylko walkę
osobistości z masą. Walka taka odbywa się jedynie w łonie pojedynczych grup
społecznych, oraz klas. Tymczasem teorya jego ma daleko większą doniosłość, daje się
ona bowiem zastosować także do walk grup i klas pomiędzy sobą. Jest to taż sama
walka dwóch zasad – indywidualizacyi i socyalizacyi, ale na wyższym szczeblu, gdyż
tutaj walczy indywidualizm klasowy, czy grupowy, z socyalizacyą państwową, czy
narodową. W tej formie walka ta stanowi treść dziejów wszystkich ustrojów
państwowych, a zatem dla dziejów ludzkości większe ma znaczenie, aniżeli w formie
walki indywidualizacyi osobistej z socyalizacyą grupy pojedynczej. Dla stwierdzenia
tej prawdy, dosyć jest uprzytomnić sobie dzieje pierwszego lepszego państwa
europejskiego od początków jego średniowiecznych dodziśdnia. Treścią tych dziejów
jest walka indywidualizmu klasy panującej z tendencyami socyalizacyi ogółu klas
opanowanych. Klasa panująca wyzyskuje ogół narodu w celach egoistyczno–klasowych.
Według jej pojęcia, naród jest tylko środkiem dla jej celów, a państwo –narzędziem w
jej ręku. „Bóg stworzył chłopa, aby pracował dla szlachty; mieszczanina i żyda, żeby
płacili podatki.“ Jest to bezwzględny indywidualizm klasowy. Indywidualizm ten
natrafia na opór, na razie głuchy, bezwiedny, z czasem na coraz bardziej świadomy i
celowy. W klasach opanowanych budzi się tendencya socyalizacyi, t. j. dążenia do
jaknajwiększego wyzyskania instytucyi państwowych w interesie ogółu. Przeciw
pojmowaniu państwa, jako instytucyi, istniejącej na wyłą
7
czną korzyść
klasy panującej, wyrabia się powoli w klasach opanowanych pojęcie państwa, jako
instytucyi, służącej dla dobra ogółu. Walka tych dwóch, przeciwnych sobie pojęć i
zasad, stanowi istotę dziejów wszystkich państw europejskich w ostatnim tysiącoleciu
a i dziś dalej się ona toczy. Czy kiedyś ustanie? Czy kiedyś jedna z tych zasad
zwycięży i drugą na zawsze ze świata ludzkiego wyruguje? O takim końcu tej walki ani
myśleć, dopóki rodzaj ludzki kulę ziemską zamieszkuje. Bo walka tych dwóch zasad
stanowi ferment rozwoju społecznego; bez tej walki nie byłoby rozwoju, a ludzkość
cofnęłaby się wstecz na poziom życia zwierzęcego.
Tylko walce tej zawdzięczamy cały rozwój kulturalny,
wszelki postęp umysłowy, wszystkie zdobycze na polu wiedzy, techniki i sztuki.
Ale takie znaczenie dla rozwoju ludzkości ma w pierwszym
rzędzie nie walka indywidualizmu osobistego z socyalizacyą klasy czy grupy, jeno
walka indywidualizmu klasowego z socyalizacyą narodową czy państwową. Zapewne! I
pierwsza z tych walk, a raczej walka tych zasad na niższym szczeblu nie jest bez
wielkiego znaczenia dla bytu i rozwoju pojedynczej grupy czy klasy... Ale taż sama
walka na wyższym szczeblu – pomiędzy klasą a narodem, jest wprost akcyą dziejową,
stanowi o losach państw i kultury. Ta walka jest prawdziwą i najistotniejszą treścią
dziejów. Rzućmy tylko okiem wokoło siebie. Co się dziś dzieje w państwach
kulturalnych? W Ameryce północnej wre walka pomiędzy indywidualizmem
kapitalistycznym, występującym w formie monopolów kartelowych a socyalizacyą,
żądającą ukrócenia swawoli kartelowej i upaństwowienia czy unarodowienia,
(nacyonalizacyi) nietylko ziemi ale i różnych innych źródeł bogactw (np. górnictwa
itp.). W państwach europejskich socyalna demokracya siłę swoją czerpie z tej
okoliczności, że płynie z prądem socyalizacyi przeciw indywidualizmowi klasy
kapitalistycznej, wyzyskującej instytucye państwowe na swoją wyłącznie korzyść. W
niektórych państwach, np. w Austryi, walka ta przybiera formy narodowościowe, bo
indywidualizm klasowy występuje tam głównie w formie przewagi Niemców, przeciw
której powstają łącznie żądania socyalizacyi innych narodowości. Słowem, gdzie tylko
spoirzymy, wszędzie na dnie walk politycznych współczesnych nam państw tkwi
antagonizm dwóch zasad: indywidualizacyi i socyalizacyi.
Wszak nawet u nas, w takiej np. Galicyi, podnoszą głowę
mdywidualizacye szczepowe przeciw socyalizacyi narodowej. Bo czemżeż innem jest
syonizm, występujący przeciw idei asynulacyi narodowej, albo rusinizm, wojujący z
polonizmem?
8
Wszędzie więc na dnie dziejów
społeczno–politycznych widzimy te dwie sprężyny, jako najgłębsze przyczyny
wszelkiego ruchu, życia i rozwoju. Czyż może podlegać wątpliwości, że wykrycie tych
sprężyn ma dla filozofii historyi takie mniej więcej znaczenie, jak wykrycie
pierwiastków dla chemii? Najwyższym tryumfem chemii jest wynalezienie jakiegoś
nowego pierwiastku, albo odkrycie, że dotychczas jako pierwiastek uważana materya,
daje się rozłożyć na prostsze jeszcze pierwiastki.
Czyż nie podobnym nabytkiem nauki jest wykazanie, że
wszelkie i wszystkie dzieje polityczne i socyalne dają się ostatecznie sprowadzić do
jednej i wiecznie tej samej walki dwóch zasad: indywidualizacyi i socyalizacyi?
Istnieje jednak wielka różnica pomiędzy naukami
przyrodniczemi w ścisłem znaczeniu tego słowa, a tak zwanemi moralno–politycznemi,
do których należy i socyologia i filozofia historyi. Właściwie nie powinnaby tu
istnieć żadna różnica ale niestety – istnieje. Socyologia bowiem nie jest niczem
innem, jak tylko historyą naturalną społeczeństw ludzkich; powinna więc badać byt i
istotę tych społeczeństw, oraz wykazywać prawa naturalne, które ich rozwojem rządzą
– i nic więcej. Tymczasem jest różnica. Pochodzi ona stąd, że, jako zoologowie,
badamy i opisujemy żywot – nie nasz; jako chemicy badamy i opisujemy byt i własności
materyi martwej, która nam jest obcą, itd. Jako historycy i socyologowie, badamy
społeczeństwo, którego jesteśmy cząstką! Stąd wielka różnica w zachowaniu się naszem
wobec przedmiotu, przez nas badanego.
Różnica ta ujawnia się w tem, że chemik nie stawia sobie
pytania, czy kwasoród dobrze robi, nie łącząc się z wodorem i czy tlen słusznie
sobie postąpił, łącząc się z rtęcią itp.? Ani astronom nie stawia sobie pytania, czy
księżyc, wstępując pomiędzy słońce a ziemię, zasługuje na pochwały czy na naganę?
Ale niema historyka, któryby nie czuł się kompetentnym do
wydawania sądu o slusznem czy niesłusznem postępowaniu króla X, albo ministra Y;
któryby nie chwalił lub nie ganił przewódcy powstania czy opozycyi parlamentarnej; –
co więcej, niema historyka, któryby takiego rozdawania pochwał i nagan nie uważał za
główne zadanie swoje, któryby nie udzielał rad i nauk bohaterom swoim, jak właściwie
powinni oni byli sobie postąpić...
Czy socyologia wyswobodzi się z tego dotychczasowego
subiektywizmu nauk moralno–politycznych? Czy stanie ona na stanowisku nauk
przyrodniczych? Czy będzie nauką w ścisłem słowa tego znaczeniu?
9
Jak dotąd, były ku temu skierowane usiłowania
najznakomitszych socyologów. Już
Comte określił
socyologię, jako naukę przyrodniczą o społeczeństwie; ale, pisząc swoją socyologię,
nie utrzymał się na stanowisku przyrodnika. W socyologii jego występuje raczej
Francuz patryota, który wychwala rolę, jaką Francya odegrała i odegrać ma w
historyi, a na dzieje ludzkości zapatruje się pod kątem widzenia szowinisty
francuskiego. Herbert
Spencer napisał dwa
tomy, aby ostrzedz badaczów przed niebezpieczeństwem subjektywizmu w badaniach
socyologicznych; wykazał gruntownie wszystkie niedokładności, jakie w socyologii są
koniecznym następstwem różnych uprzedzeń i gorąco zalecał największą przedmiotowość
w traktowaniu zagadnień socyologicznych. Tymczasem wiadomo, że Spencer w socyologii
daje się unosić jednostronnym interesom szkoły Manchesterskiej i kapitalizmu;
naciąga przedstawienia rozwoju ekonomicznego i społecznego, aby wykazać zalety
wolnego handlu i wolnego przemysłu (industryalizmu). Jako socyolog,
Spencer jest wiernym przedstawicielem i obrońcą dążności ekonomicznych
przemysłu angielskiego.
Jeżeli tedy najwięksi socyologowie XIX wieku głoszą
objektywizm a wpadają sami w najgrubszy subjektywizm, przypuścić trzeba, że nie jest
to ich wadą osobistą, lecz, że subjektywizm w socyologii jest słabością
ogólno–ludzką, z pod której żaden socyolog wyłamać się nie może. Nie trudnoby też
było wykazać, że i socyologowie u schyłku XIX w., jak Lester
Ward i
Ratzenhofer, a zwłaszcza ten ostatni, od tej słabości pomienionej nie są
wolni.
Wobec tego liczyć się trzeba z faktem, że w socyologii
wpływ subjektywizmu zawsze pozostanie źródłem pewnych pomyłek i zboczeń w poznaniu
prawdy?.
Pomyłki te i zboczenia znajdą zawsze wyraz w subjektywnej
ocenie tych dwóch zasad, których walka jak widzieliśmy, stanowi najistotniejszą
treść dziejów: indywidualizacyi i socyalizacyi.
Przedewszystkiem, każdy socyolog, jako człowiek, ulegając
wpływom swego środowiska społecznego, przejęty jest pewnenii aspiracyami i
dążnościami społecznemi, więc wobec różnych zjawisk społecznych czuje ciągle albo
zadowolenie albo niesmak; wskutek tego pewne zjawiska muszą mu się wydawać jako
dobre, inne jako złe. Będą tedy skorzy socyologowie, według swojego stanowiska
osobistego, do obrony indywidualizacyi, inni – socyalizacyi, tak samo, jak np.
historycy, wedle subjektywnego swego zapatrywania, byli i będą stronnikami
absolutyzmu, a inni demokracyi. Tymczasem, biorąc rzeczy bezstronnie i naukowo,
ocena
10
zjawisk historycznych ze stanowiska etycznego (dobra, czy zła)
niema najmniejszego uprawnienia – boć jeżeli wszystkie one mają ostateczne swe
źródło w walce dwóch zasad: indywidualizacyi i socyalizacyi, to trzeba stwierdzicie
te dwie zasady działają jak ślepe siły przyrody, którym ludzie bezwzględnie podlegać
muszą. Czy więc ktoś działa w myśl indywidualizacyi, czy socyalizacyi, zależy to
jedynie od tego, na jakiem miejscu w życiu się znalazł; w jakiem środowisku
społecznem się urodził i wychował, jakie wpływy społeczne umysł i charakter jego
kształciły. Jednostka, będąc wytworem koniecznym tych wpływów, i działanie jej, są
nieuniknionymi następstwami jej usposobienia. Słowem, – jakim osobnik
jest, tak działa; – a
jest takim,
jakim go wytworzyło środowisko. Wogóle zaś może tylko działać w jednym z dwóch
kierunków: albo w kierunku indywidualizacyi alboliteż – socyalizacyi, – boć wiemy,
że wszelkie działanie publiczne ostatecznie do tych dwóch pierwiastków – zasad
sprowadzić można. Czy więc osobnik działa w jednym, czy w drugim kierunku – tertium
non datur – nie jest to ani jego zasługą ani jego winą. Wprzężony w nierozwikłaną
sieć interesów grupowych i klasowych, osobnik płynie, chcąc niechcąc, z prądem tych
interesów – świadomie czy nieświadomie. Nie osobnik też robi dzieje: tworzą je grupy
i klasy, wzajemnie na siebie oddziaływując w kierunku bądź indywidualizacyi, bądź
też socyalizacyi i podtrzymując ten proces dziejowy, którego następujące po sobie
fazy tak trafnie przedstawia nam
Ratzenhofer.
Jakkolwiek więc mamy przed sobą proces naturalny,
nieubłagany w swej logice i żelaznej konsekwencyi, którego toku żadna jednostka,
choćby nią był
Aleksander
W.,
Napoleon czy
Bismark, zmienić nie może, nie mniej jednak – ludźmi jesteśmy i, według
stanowiska naszego, czujemy sympatyę do jednego kierunku i ludzi w tym kierunku
działających, a antypatyę do przeciwnego kierunku, a conajmniej żal do ludzi,
popierających ów kierunek. To jest rzecz naturalna i nigdy inaczej nie będzie. Ale
ze stanowiska naukowego trzeba uznać, że każdy z tych dwóch kierunków – mianowicie
indywidualizacyą i socyalizacyą, jest na równi uprawniony i niema najmniejszej racyi
aby ludziom jednego kierunku przyznawać więcej zasług, czy wartości, aniżeli ludziom
innego kierunku. Rzecz oczywista, że zdanie to, jakkolwiek naukowo uzasadnione, musi
dla każdego polityka być wstrętne, ba! nawet w pewnych sytuacyach – wydawać mu się
zbrodniczem. Ale bo też nauka i polityka są to dziedziny od siebie nietylko
odróżniające się, ale wprost nawet biegunowo sobie przeciwne. Polityk działa
żywiołowo i żywiołowo myśli: nauka, a w danym razie socyologia, nie
11
należy do żadnego obozu; nie jest ona stroną wojującą, lecz tylko jakby stacyą, z
nadziemskiego punktu obserwacyjnego badającą ruchy stron walczących. Jej celem nie
jest zwycięstwo, tylko poznanie; nie jest ona stronniczą lecz nadpartyjną.
Grubo się mylił
Platon, twierdząc,
że takie państwo najlepiej będzie rządzone, u którego steru stać będą filozofowie:
rządzić państwem nie jest rzeczą filozofów. Bo rząd jest stroną wojującą, tak samo
jak rządzeni. Filozofia, jak wszelka nauka, a w danym wypadku i socyologia, ma z
bezstronnego stanowiska badać ruchy obu stron wojujących i poznawać prawa, rządzące
tymi ruchami. Stanowisko takie może być obrane tylko zdała od jednej i od drugiej
strony.
To też pomiędzy polityką a socyologia niema pojednania.
Polityka „robi“ historyę, a
socyologia ją tłumaczy. Zwykła historya polityczna traktuje zawsze dzieje ze
stanowiska partyjnego i, na nim stojąc, sądy swoje wydaje. Socyologia tłumaczy
historyę, jako proces naturalny, t. j. wykazuje jakie to przyczyny naturalne
zdziałały, że bieg dziejów przyjął dany kierunek i dane wydał rezultaty. Takie i
jedyne zarazem jest zadanie socyologii wobec dziejów i dlatego to nie zajścia ani
czyny jednostek, choćby największych i najsłynniejszych osób historycznych mają dla
niej znaczenie – ale raczej treść dziejów, ich istota, t. j. działanie tych sił
naturalnych, jakie naprzemian społeczeństwa ludzkie to podnoszą ku wyżynom kultury,
to znowu wtrącają je w przepaść upadku.
* * *
Czy socyologia wykryła te siły? Czy formułka
Ratzenhofera zawiera określenie i wyjaśnienie tych sił? Twierdząco na te
pytania odpowiedzieć niemożna. Ale formułka
Ratzenhofera,
wykazując nam formy, w których działanie sił tych się przejawia (indywidualizacyą,
socyalizacyą), bądźcobądź zbliża.nas znacznie ku ostatecznemu rozwiązaniu kwestyi
sił, wprowadzających w ruch proces społeczny i rozwój dziejowy. Raz bowiem wiedząc,
że najpierwotniejszym objawem tych sił jest bądź to indywidualizacyą, bądź też
socyalizacyą, pozostaje tylko rozbiór psychologiczny tych dążeń, aby na ich dnie
wykryć najtajniejszą ich sprężynę i źródło psychiczne. A być może, że sprężyną tą i
źródłem nie jest znowu nic innego, jak tylko ów „wrodzony interes“ („das inhärente
Interesse“)
Ratzenhofera,
któremu badacz ten przypisuje nieprzepartą moc kierowania postępowaniem i działaniem
wszelkich istot żywych. Być może, iż się okaże, że i indywidualizacyą i socyaliza
12
cya są tylko przejawami koniecznymi tego interesu wrodzonego,
kierującego działaniem ludzkiem, a różnica pomiędzy temi dążnościami zależy jedynie
od różnego położenia i stanowiska jednostek w łonie grup a grup – w ustrojach
społecznych. Być może, że się pokaże, iż dążności – indywidualizacyjna i
socyalizacyjna, są tylko maskami, pokrywającemi zawsze i wszędzie tęż samą, jedną
siłę naturalną: interes wrodzony. Gdyby to kiedyś zostało naukowo stwierdzone,
mogłoby mieć wielkie znaczenie cywilizacyjne. Boć wobec naukowo stwierdzonego faktu,
że wszelkie działanie polityczne polega jedynie na popieraniu i bronieniu wrodzonego
interesu własnego, łatwoby z życia publicznego i z areny politycznej znikły fałsz i
obłuda, które dziś tam panują, a stronnictwa i grupy społeczne walczyłyby z
otwartemi przyłbicami. Byłby to, w każdym bądź razie, wielki postęp. Ale zdaje się,
że do tego jeszcze bardzo, bardzo daleko.