Cywilizacja (Uwagi z powodu dzieła Erazma Majewskiego:
„Nauka o cywilizacyi. Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i
socyologii.”), „ Przegląd Historyczny”, 1908, nr. 7, s. 1-11.
Cywilizacja (Uwagi z powodu dzieła Erazma Majewskiego:
„Nauka o cywilizacyi. Prolegomena i podstawy do filozofii dziejów i
socyologii.”)
Cywilizacja
Przed
[1]
stu laty
mniej więcej powiedział
Goethe, że
„najszczytniejszym zagadnieniem dla człowieka jest – człowiek.” Uwaga ta wtedy
jeszcze była trafną. Dziś już by taką nie była. Wtedy jeszcze najwyższym
przedmiotem badań dla filozofów była dusza ludzka.
Kanta „Krytyka
czystego rozumu” była szczytem filozofii, a kiedy filozof ten czuł potrzebę
ugruntowania spekulacyj swoich na temat duszy ludzkiej i dania im podstawy
materyalnej – napisał „Antropologię.” Miał więc
Goethe racyę
jeszcze przed stu laty. Dzisiaj rzecz się zmieniła. Obecnie zagadnieniem
najważniejszem, zaprzątającem umysły badaczów, nie jest już człowiek ale –
społeczeństwo. Psyche indywidualna straciła dziś dawną wagę a tem samem
człowiek-jednostka jako przedmiot badania zstąpił na plan drugi. Dziś
socyologia wypiera z naczelnego stanowiska psychologię i
filozofię, a wchłania w siebie antropologię. Działanie i dzieła jednostek,
choćby i najwybitniejszych, są dziś uznane za wytwory społeczne, zależne od
środowisk i przez nie uwarunkowane. To też uwaga myślicieli skierowywana jest
teraz nie ku działaniom ani dziełom jednostek, lecz ku życiu, ku rozwojowi
społeczeństw i ich wytworów. Że najwyższym i najważniejszym wytworem społecznym
jest cywilizacya, nie może to podlegać kwestyi. „Historya cywilizacyi” (
Buckle) „Rozwój cywilizacyi” (
Draper), „Prawa
cywilizacyi” (
Brooks Adams) czy
też „Historya kultury” (
Hellwald i
inni) oto są tematy nowożytne, zajmujące miejsce dawnych „Krytyk rozumu” i
przeróżnych psychologii.
2
Taki kierunek myśli i badań musiał wreszcie
myślicielowi nasunąć pytanie: co to jest cywilizacya? – pytanie, na które
wspomniani powyżej historycy cywilizacyi, czy kultury, dotąd zadawalniającej nie
dali odpowiedzi.
P. Erazmowi
Majewskiemu nauka zawdzięcza to, że, postawiwszy sobie owo nader ważne i
bardzo na czasie będące pytanie, zabrał się do udzielenia nań odpowiedzi z takim
zasobem wiedzy i znajomości rzeczy, że przy sposobności – omal że nie stworzył
całkowitego systemu filozofii czy socyologii. Dzieło jego bowiem „Nauka o
cywilizacyi” daje nam daleko więcej aniżeli tytuł zapowiada. Jakkolwiek bowiem
autor kilkakrotnie powtarza, że chodzi mu głównie o zbadanie istoty cywilizacyi,
sięga jednak do wytłumaczenia tego zjawiska społecznego tak głęboko w świat
atomów a następnie w świat ustrojów, wykazując nam identyczność praw rządzących
ruchami ciał „martwych” i rozwojem ustrojów a następnie grup społecznych – że
praca jego wyrasta daleko poza ramy, jakie jej autor zakreślił. Roztacza on
przed nami obraz tworzenia się rozwoju świata organicznego, będącego z jednej
strony tylko stopniem dalszym rozwoju świata atomów, z drugiej zaś –
stanowiącego podłoże, na którem się rozwija świat społeczny, właściwy przedmiot
socyologii. Powiedziałbym nawet, że część konstrukcyjna pracy
Majewskiego jest bodaj ważniejsza, aniżeli określenie
istoty cywilizacyi, które on sam jako główny swój przedmiot oznacza. Od tej też
części konstrukcyjnej zaczniemy nasze sprawozdanie.
Ponieważ warunkiem cywilizacyi jest społeczeństwo,
przeto autor stawia sobie przedwstępne pytanie: „co to jest społeczeństwo?”
Aby pojęcie to wyjaśnić, przeciwstawia społeczeństwu
gromadę. Z przeciwstawienia tego wynika, że „społeczeństwo jest to takie
skupienie naturalne osobników jednogatunkowych i morfologicznie jednakowych, w
którym funkcye osobników są zróżnicowane.” To ostatnie znamię, „zróżnicowanie
funkcyj”, odróżnia zasadniczo społeczeństwo od gromady, która jest skupieniem
osobników bez zróżnicowania funkcyj. Takie skupienia, czy związki, spotykamy
nietylko w świecie ustrojów, ale także w świecie nieorganicznym. I tak np.:
„Kryształ, jest to skupienie jednakowych cząsteczek kryształu, wolnych i
niezależnych od siebie, o własnościach jednakowych, niezmiennych i
niezróżnicowanych.”
Takie rozpatrywanie wszelkich jestestw świata
organicznego i nieorganicznego pod kątem widzenia funkcyj ich cząsteczek i
elementów, naprowadza autora na myśl powszechnego prawa sku
3
piania się
i związków, które panuje we wszechświecie, a przejawia się w różnych formach,
jako to: kryształ, gromada, organizm i społeczeństwo. Jest zatem społeczeństwo
tylko jedną z wielu form przejawu jednego i tegoż samego prawa natury, a
mianowicie formą ze wszystkich znanych nam dotąd najwyższą.
W ten sposób autor stara się dać nam zarys całkowitego
systemu świata na zasadzie monistycznej t. j. wyjaśnić jak jedno i toż samo
prawo natury przejawia się w różnych sferach bytu, w istocie jednakowo, lecz w formie coraz innej a zarazem coraz wyższej.
Na najwyższym szczeblu tych przejawów powstaje –
społeczeństwo, które jest podłożem–cywilizacyi.
Przedstawiając nam taki światopogląd monistyczny, autor
staje w szeregu tych nowożytnych przyrodników, filozofów i socyologów, których
usiłowania skierowane były do zastąpienia światopoglądu dualistycznego przez
światopogląd monistyczny, oparty na nowożytnych zdobyczach nauki, a zwłaszcza
przyrodoznawstwa. Wiadomo, że na czele wielkich reformatorów naukowych
stanął
Darwin, a w
Niemczech
Haeckel .
Położyli oni fundament naukowy, na którym opiera się światopogląd monistyczny,
rugując z dziejów świata „tworzenie z niczego” i kładąc na to miejsce
„ewolucyę”, tj. rozwój samorzutny świata ustrojów z materyi nieorganicznej. Na
podstawie zdobyczy naukowych
Darwina i
Haeckla snuli dalej filozoficzny pomysł monizmu socyologowie drugiej
połowy ubiegłego stulecia:
Spencer,
Lester
Ward,
Vaccaro,
Giddings,
Gustaw
Ratzenhofer i inni.
Można śmiało powiedzieć, że p. Erazm
Majewski jest nietylko kontynuatorem pracy tych myślicieli, ale także
bystrym poprzedników swych krytykiem, a pod wielu względami szczęśliwszym od
nich spostrzegaczem licznych analogii pomiędzy trzema sferami zjawisk t. j.
pomiędzy ich sferą nieorganiczną, organiczną i społeczną.
Pomówmy naprzód o autorze, jako o krytyku swych
poprzedników.
Wiadomo, że w pierwszym szale Darwinistycznym w siódmym
i ósmym dziesięcioleciu ubiegłego wieku, kiedy w Niemczech szerzyć się zaczęła
myśl, że wszystko na świecie odbywa się według praw przyrodniczych i że
dziedzina zjawisk t. zw. „moralnych” również prawom tym a nie wolnej woli
ludzkiej podlegać musi, znaleźli się myśliciele, którzy w lot ideę tę uzasadnić
i przeprowadzić chcieli. Wpadli jednak na mylną drogę, usiłując
4
wykazać; że np. państwo jest
takim samym ustrojem, jak
ustrój zwierzęcy.
Poświęcili uzasadnieniu tego błędnego pomysłu bardzo
uczone wielotomowe dzieła
Schäffle i
Lilienfeld . Powstała cała szkoła „ustrojowców” (Organizisten), do
której zaliczyć trzeba także paryskiego socyologa, René
Wormsa . Ale
szkoła ta nie miała powodzenia. Pomysł utożsamienia państwa (czy społeczeństwa?)
z ustrojem zwierzęcym nie mógł się utrzymać. Natomiast ci, co pomysł ten
zwalczali, gotowi byli wyrzec się wszelkich analogii pomiędzy sfera socyalną a
organiczną. Tylko u
Ratzenhofera (w ostatniem dziesięcioleciu ubiegłego stulecia) znajdujemy z
jednej strony stanowcze odparcie pomysłów „ustrojowców” a obok tego – z drugiej,
silny nacisk na analogie, zachodzące nietylko pomiędzy światem organicznym a
społecznym, ale nawet pomiędzy tym ostatnim i nieorganicznym
[2]
Dopiero jednak p. Erazm
Majewski z
pełną świadomością formułuje jasno zasadę metodologiczną w badaniach
socyologicznych, pośredniczącą pomiędzy „zwolennikami organiczności
społeczeństwa, a ich przeciwnikami.” „Obie strony miały słuszność, – powiada
trafnie p.
Majewski, –
ale tylko częściowo. Pierwsi bowiem dopatrywali się ustroju w tem, w czem
spoczywa tylko jego podstawa biologiczna i szukali tak grubej organiczności,
jakiej nie mogło być; drudzy znowu zaprzeczali prawdzie, którą tamci widzieli
oczyma duszy, lecz nie zdołali odsłonić we właściwej jej postaci.”
Przywodząc następnie pytanie, postawione przez
Ratzenhofera na kongresie w St.-Louis w r. 1902: jak dalece fizyczne i
biologiczne prawa świata znajdują zastosowanie do zjawisk społecznych i w jakich
granicach istnieją specyalne prawa socyologiczne – autor odpowiada na to pytanie
tak: „Zjawiskami społecznemi rządzą specyalne prawa socyologiczne, tak samo jak
biologicznemi rządzą biologiczne, ale aby pierwsze odszukać i poznać, nie trzeba
spuszczać z oka praw fizycznych i biologicznych, ponieważ pierwsze są tylko
rozwinięciem i transformacyą, właściwą nowemu środowisku, w którem się
przejawiają.”
W ostatnim tym zdaniu mieści się myśl główna omawianego
dzieła autora, a mianowicie idea, że – jak społeczeństwo jest tylko wyższym
stopniem rozwoju i transformacyą stanu skupienia atomów, bryły czy kryształu,
oraz stanu skupienia trzody zwierząt lub gromady ludzkiej, tak samo cywilizacya
jest naturalnym wy
5
tworem społeczeństwa, możliwym tylko na
danym poziomie rozwoju stanu skupienia jednostek.
Na tę myśl można się zupełnie zgodzić, ale – i tu też
niech mi wolno będzie zrobić uwagę szanownemu autorowi – takie określenie
cywilizacyi jest zbyt ogólnikowe i nie wyczerpuje jeszcze jej istoty. Prawda, że
autor na tem określeniu się nie ogranicza i podnosi słusznie jedne z
najistotniejszych cech cywilizacyi, a mianowicie „funkcyonowanie zróżnicowane
osobników jednorodnych i morfologicznie jednakowych” (str. 48)–nie mniej jednak
w całym dziele daremnie szukamy jasnego i zwięzłego określenia pojęcia
cywilizacyi, gdyż to określenie, jakie nam autor daje na samym końcu dzieła i o
którym jeszcze pomówimy, jest mgliste i będące raczej przenośnią aniżeli
definicyą
[3]
).
Zdaje się, że autor czuł trudność określenia
cywilizacyi, bo w rozdziale, poświęconym kwestyi: „co to jest cywilizacya w
ogólności?” (str. 37) tłómaczy trudność podania odpowiedzi wyczerpującej – tem,
że, aby określić cywilizacyę, trzebaby módz porównać ją z niecywilizacyą, co
jednak nie jest możliwem, bo stanu niecywilizacyi nie znamy. Otóż sądzę, że
takie wymaganie metodologiczne autora jest zbyt wygórowane. Sądzę, że do
poznania istoty cywilizacyi wystarczy zupełnie porównanie kilku różnych jej
stopni. Jeżeli np. porównamy stan ludów dzikich Afryki ze stanem ludów
pół-barbarzyńskich Azyi, a następnie ze stanem jakiegokolwiek narodu
kulturalnego zachodniej Europy: to z tych różnych stanów cywilizacyi łatwo
będziemy mogli wywnioskować, na czem właściwie polega jej istota. Jeżeli bowiem
porównamy te różne stopnie cywilizacyi, w oczy nam się rzucą różnice, pomiędzy
nimi zachodzące, z tego względu, że nazywamy cywilizacya „wyższą” taki stan
społeczeństwa i taki tryb jego życia, w którym człowiek potrzeby swoje zaspakaja
za pomocą daleko sięgającego podziału pracy. Im „niższą” jest cywilizacya, tem
mniejszy podział pracy wystarczać musi do zaspokojenia potrzeb ludzkich – im
podział ten staje się większym i bardziej wyspecjalizowanym, tem „wyższą”
podziwiamy cywilizacyę. Takie rozważanie różnych stopni cywilizacyi pozwala nam
określić zjawisko to społeczne, jako stan rzeczy, w
którym, na zaspokojenie potrzeb każdej jednostki, składa się praca większej i
coraz większej liczby ludzi, zatrudnionych w tym celu na zwiększającym się wciąż
terenie (cywilizowanym) kuli ziemskiej.
6
Faktycznie i autor postępuje podobnie,
porównywując „ludność wielkich miast
kwitnących, z
ludnością, żyjącą w stanie nizkiej cywilizacyi, któremu zwykle odpowiadają cechy
odwrotne: rzadkość ludności, częste rozbicie na drobne gromadki, oraz brak
miast”, przyczem dodaje, że: „w pierwszej uderzyć musi wielkie zróżnicowanie
funkcyj osobników i wynikająca z tego wielka zależność wzajemna osobników.”
Podaje tu autor cechy rzeczywiste wyższej eywilizacyi
(kwitnące miasta i t. d.) w zestawieniu z niższą. Ale czego w tych wszystkich
określeniach i słusznych spostrzeżeniach autora o istocie cywilizacyi brak, – to
jasnego określenia przyczyn jej powstawania, jasnego zaznaczenia faktów
naturalnych, które torują drogę cywilizacyi. Bez zaznaczenia zaś dokładnego całego procesu powstawania cywilizacyi i
czynników, w procesie tym biorących udział, nie możemy uznać powyższego
określenia istoty cywilizacyi za wyczerpujące.
Autor jest przyrodnikiem; otóż przyrodnika się pytamy,
czy zadowolili go określenie jakiegokolwiekbądź zwierzęcia, określenie, w którym
podane będą wszystkie znamienne jego cechy, ale nie będzie powiedziane, czy się
ono z jaja wylęga, czy też rodzi się żywe? A jednak autor podaje nam wszystkie,
nawet najistotniejsze znamiona cywilizacyi, takie np. jak „różnicowanie funkcyi
osobników” i „wzajemna (ich) zależność” — ale nie powiada nam skąd te znamiona
pochodzą? skąd pochodzi różnicowanie funkcyj i „wzajemna zależność” osobników?
„Czy to z jaja się wylęga czy żywe się rodzi?” To
znaczy: czy owo coś powstaje samorodnie i bezwiednie, czy jest dziełem wzajemnej
umowy i rozumnej kalkulacyi? Czyli też może zjawia się w inny sposób?
I tutaj to trafiamy w główny brak dzieła – tej
mianowicie jego części, gdzie autor traktuje o społeczeństwie i cywilizacyi.
O najkardynalniejszym fakcie, który z gromad ludzkich
wytworzył społeczeństwa i który dla struktury i rozwoju społeczeństwa jest
decydujący i pierwszorzędnej wagi — o tym fakcie autor, pisząc o społeczeństwie,
mówi za mało. Mam tu na myśli fakt podboju i panowania jednych gromad ludzkich
nad innemi. Nie jestże to dziwnem, że przyrodnik, przywykły do posługiwania się
metodą indukcyjną, który, jak sam powiada, „długo zmagał się z ideami
narzuconemi”, a przeto – wróg wszelkich idei apriorystycznych; badacz, który bez
uprzedzeń fakta tylko obserwuje, na nich tylko buduje rzecz swoją i z nich
wnioski wyprowadza, że przyrodnik taki, badając społeczeństwo, lekko tylko
potrąca o fakt
7
fundamentalny panowania jednych grup nad drugiemi,
fakt, który nas uderza, gdziekolwiek tylko rzucimy okiem – na jakiekolwiek-bądź
społeczeństwo, które nie jest już prostą gromadą? Nadaremnie w dziele
Majewskiego, traktującem wszak przeważnie o społeczeństwie, szukam
wyrazów: podbój, panowanie, ujarzmienie – wyrazów, oznaczających zjawiska
najpowszechniejsze, ściśle złączone z bytem społeczeństw.
Pytam sam siebie, jakim sposobem stać się to mogło, aby
badacz-przyrodnik, badając taki przedmiot, jak społeczeństwo, niedocenił
najjaskrawszego, w oczy bijącego faktu panowania jednych nad drugimi – zjawiska,
które jedynie tłómaczyć nam może znany mu dobrze fakt
drugorzędny różnicowania się funkcyj i ich zależności wzajemnej!? Brak
ten ma może przyczynę następującą.
Są dwie drabiny, po których szczeblach badacze wspinają
się coraz wyżej, aby z punktu najwyższego uzyskać nareszcie wolny widok na
obszar, który, jak wiemy, najbardziej zaciekawia dzisiaj głowy myślicieli: na
społeczeństwo. Po jednej drabinie wspinają się przyrodnicy, krocząc po
szczeblach astronomii, geologii, fizyki, chemii, mineralogii, botaniki,
zoologii, nim wstąpią na szczebel najwyższy, z którego przedstawia im się widok
na społeczeństwo; po drugiej drabinie wspinają się „społecznicy” t. j. uczeni,
zajmujący się naukami społecznemi, a więc: prawnicy, historycy, ekonomiści,
filozofowie, aż im się – również z najwyższego szczebla drabiny naukowej –
otworzy widok na społeczeństwo. I jedni i drudzy, parci żądzą wiedzy, chcieliby
dotrzeć do najwyższych zagadnień życia ludzkiego. Takim zagadnieniem był dawniej
człowiek sam; dzisiaj, jak wiemy, jest nim społeczeństwo.
Więc przyrodnicy z jednej a społecznicy z drugiej
strony, docierają wreszcie do socyologii i kuszą się o rozwiązanie najwyższego
zagadnienia życia ludzkiego, jakim jest społeczeństwo.
Ale to społeczeństwo przedstawia się każdej z owych dwu
stron inaczej. Pomimo bowiem, że pracownicy i jedni i drudzy postanawiają sobie
tylko objektywnie rzecz zbadać, pomimo że się „zmagają z ideami narzuconemi” i
jak nasz autor chcą szczerze „wejść na drogę metodycznych badań przyrodniczych”:
to jednak każda z obu grup pomienionych dostrzega ten sam przedmiot w zupełnie
innym świetle. Przyrodnik, zaprawiony na badaniach fizycznych, chemicznych czy
biologicznych, przywykły przenikać do atomów i komórek, lub astronom, przywykły
liczyć się z siłami przyciągania i odpychania, wreszcie botanik, czy zoolog,
wpatrzony w skupienia komórek, z jakich składają się ustroje roślinne i
zwierzęce, – wstępuje na najwyższy szczebel drabiny naukowej
8
z
oczami, przywykłemi do szukania atomów i komórek i
liczenia się z siłami przyciągania, odpychania itp.: Nie może też widzieć w
społeczeństwie czegoś innego, jak tylko jakieś skupienie atomów, jakiś związek
komórek i choć stara się wynaleźć różnice pomiędzy społeczeństwem a gromadą, to
jednak nigdy wydobyć się nie może z zaklętego koła pojęć fizycznych, chemicznych
i biologicznych.
W szczęśliwszem położeniu zdaje mi się być społecznik,
który wstąpił na najwyższy szczebel drabiny naukowej. Jako prawnik, badał on
stosunki „państwowe”, to znaczy stosunki panowania jednych nad drugimi; w głowie
ma cały stek pojęć: zależności, pańszczyzny, służebności; jako ekonomista
zajmował się zadłużeniami jednych na rzecz drugich, różnością położenia
ekonomicznego rozmaitych stanów, wyzyskiem jednych przez drugich itd. Jako
historyk wie on, co znaczą stronnictwa, broniące swych interesów – wie do
jakiego stopnia losy państw zależą od walk tych stronnictw itd. Zaprawionemu na
takich pojęciach społecznikowi, przystępującemu do badania społeczeństwa, ani
się śni o atomach, komórkach, narządach lub nawet o jakichś planetarnych
„mgławicach.” On nic o tein nie wie. Natomiast w społeczeństwie, na pierwszy
rzut oka, widzi stany, klasy, grupy; bada ich stosunek wzajemny i pyta: „skąd to
pochodzi?” Dlaczego jedne klasy są w posiadaniu całej ziemi kraju, podczas gdy
inne mają obowiązek uprawy tej ziemi; skąd pochodzi to, że inne klasy specyałnie
handlem się trudnią itd.? Otóż, w ten sposób, społecznik wnika łatwiej w istotę
„społeczeństwa” i nie potrzebuje natężać się nad wynajdywaniem analogii pomiędzy
społeczeństwem a – dajmy na to – rośliną, czy zwierzęciem.
Prawda, że społecznik, zapatrzony tylko w stosunki
państwowe czy prawne, nie spostrzeże może wcale nici tajemnych, które świat
społeczny łączą z resztą przyrody. Prawda, że ani mu na myśl przyjdzie, iż w
każdym, niedostrzegalnym dla oka atomie mieści sie, jak nas o tem autor nasz
poucza (str. 86) „bardzo skomplikowany i zamknięty w sobie; system mechaniczny
cząsteczek różnej wielkości i różnych własności, poruszających się z różnemi i
bardzo wielkiemi prędkościami w porządku prawie nam nieznanym"; ani mu się śni,
że „gdybyśmy mogli przeniknąć myślą pomiędzy atomy jednakowe, mieszczące się w
jednym łebku szpilki stalowej, ujrzelibyśmy widowisko, podobne nieco do tego,
jakie nam się odsłania, gdy patrzymy w noc ciemna na niebo usiane gwiazdami.
Obraz nasz byłby jednak bardziej ożywiony i urozmaicony...” Możnaby się
wprawdzie zapytać: I cóżby to szkodziło,
9
gdyby społecznik–socyolog o
tych światach atomowych nic nie wiedział? Ale na to odpowiadam, że w tym świecie
niespołecznym, a więc w świecie nieorganicznym, a dalej roślinnym i zwierzęcym,
mogą się znajdować liczne analogie, przypominające zjawiska społeczne, a takie
analogie łatwo, być może, wskazują na jakieś jedno prawo zasadnicze, rządzące
wszystkiemi sferami bytu i życia. Tego prawa nie znamy jeszcze;
monizm do dziś dnia jest tylko
wiarą, tak samo
jak
teizm. Ku poznaniu naukowemu owego jednego prawa
wszechświata skierowane są dziś usiłowania przyrodników i
społeczników-socjologów.
Bardzo jest przeto wskazanem, aby obie strony
współpracowały nad rozwiązaniem owej najwyższej zagadki świata. Chodzi bowiem o
uzasadnienie naukowe monistycznego światopoglądu. Można powiedzieć śmiało, że
wszystkie dotychczasowe próby takiego uzasadnienia, zarówno ze strony
przyrodników, jakoteż i społeczników, chromają.
Dzieło p.
Majewskiego jest w każdymbądź razie jedną z najświetniejszych prób takich;
przyniesie ono socjologii monistycznej wielkie korzyści. Co więcej, wzmacnia ono
bardzo stanowisko monizmu i podaje wskazówki cenne społecznikom-socyologom do
dalszego rozwoju nauki o społeczeństwie.
Ale miejmy nadzieję, że i p. Erazm
Majewski w dalszym ciągu swej pracy, której teraz dał nam tylko
„prolegomena i podstawy”, będzie się starał wyzyskać bardziej spostrzeżenia
spoleczników-socyologów, którzy, choć może nic nie wiedzieli o sferach bytu i
życia niespołecznego, ale natomiast, badając społeczeństwo i wyłącznie
obserwacyi tegoż się oddając, mogli stwierdzić łatwo fakty i zjawiska, względem
których oko przyrodnika, zaprawione do obserwacyi życia niespolecznego, nie
jest, że tak powiem, dostatecznie przystosowane.
Wytykając brak taki w dziele szanownego autora, muszę
zarzut mój uzasadnić. Uczynię to na wziętym z dzieła przykładzie.
Powiada autor na samym wstępie: „Do najciekawszych a
zarazem najzawilszych bodaj zagadek, których nauka, pomimo bardzo wielu usiłowań
nie zdołała jeszcze rozwiązać, należy bez wątpienia pytanie, dlaczego
cywilizacya wysoka zjawia się na ziemi nie wszędzie, dlaczego jest zjawiskiem
prędko przemijającem, jak nam to stwierdzają dzieje powszechne, oraz od czego
zależy jej pojawianie się i znikanie, a właściwie – przenoszenie się na
powierzchni ziemi z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, od ludu do ludu?...
Dlaczego jedno jakieś ognisko cywilizacyi wyższej gdzieś rozpala się,
gdzieindziej płonie w całej pełni, ówdzie zaś dogasa?...”
10
Aby odpowiedzieć na te pytania, autor zabrał się do swego dzieła.
Wskazałem już na stanowisko wybitne, jakie, dzięki dziełu temu, zajął w
pierwszorzędnym szeregu socyologów; nadto, mogę dodać, że dzieło jego roi się od
trafnych spostrzeżeń i głębokich myśli: ale – pytamy – czy autor odpowiedział
zadowalająco na powyższe, na samym wstępie postawione pytania co do cywilizacyi?
Niestety! musimy powiedzieć, że
nie.
Przedewszystkiem, posłuchajmy jaką definicyę
cywilizacyi daje nam autor na samym końcu dzieła (str. 308) po przeprowadzeniu
długiego szeregu tak głębokich i nadzwyczaj ciekawych badań i roztrząsań,
przeważnie przyrodniczych. „Przekonaliśmy się – pisze – że cywilizacya jest istnością realną w przyrodzie, że jest ustrojem, który wyrasta tylko i żyje na społeczeństwie oraz na materyi nieożywionej, tak samo jak każden osobnik
C, (= roślina czy zwierzę) wyrasta i żyje na przyrodzie swych komórek, oraz na
materyach, przybieranych przez te komórki ze świata nieożywionego.”
Pytam się, czy to określenie cywilizacyi jest jasne i
zrozumiałe? Chętnie przyznam autorowi, że „takie pojęcie cywilizacyi daje się
związać z ogółem analogicznych zjawisk świata...” To prawda. Ale tym sposobem
autor przyznaje się, że mu głównie chodziło o „związanie” cywilizacyi z
analogicznemi zjawiskami świata (organicznego) i gwoli tej myśli (oczywiście
apriorystycznej!) nagiął pojęcie cywilizacyi do pojęcia jakiegoś organizmu,
który żyje na jakimś podłożu, składa się z komórek, odżywia się itd. Jeżeli mu o
to chodziło, to cel swój osiągnął, ale jasnego pojęcia cywilizacyi nam nie dał.
Sądzę, że określenie nasze, podane powyżej na str. 6–7 jest conajmniej
zrozumialsze.
Niejasność definicyi autora pochodzi zaś poprostu stąd,
że przyrodnik, zajęty i nawskroś przesiąkły wyobrażeniami
ze sfer biologicznych, choć sobie postanowił być objektywnym spostrzegaczem,
mimowoli podciąga zjawiska społeczne pod kategorye fizyologiczne i biologiczne.
Otóż ta słaba strona przyrodnika-socyologa uderzy nas
jeszcze bardziej, jeżeli zważymy, że autor na postawione sobie powyższe pytania
co do pojawiania się i zanikania różnych cywilizacyi, które jego zdaniem
„zawierają najzawilsze bodaj zagadki”, nie znalazł w całym ciągu swych badań
zadowalającej odpowiedzi. Tymczasem społecznik-socyolog nie uważa pytań tych
wcale za tak trudne ani zawiłe i dałby na nie odpowiedź zupełnie zadowalającą.
Otóż, cywilizacya nie jest zjawiskiem ani samodzielnem,
11
ani też – co ważniejsza – pierwszorzędnem. Cywilizacya jest
poprostu wytworem państwa; gdzie powstają państwa i gdzie się rozwijają, tam
powstają i cywilizacye. Nie są one bowiem niczem innem, jak tylko – cośmy już
powiedzieli powyżej – takim trybem życia i stanem społecznym, w którym osobnik
zaspakaja potrzeby swoje za pomocą daleko sięgającego podziału pracy – a więc:
za pomocą tych „funkcyj zróżnicowanych”, które autor trafnie spostrzegł.
Przeoczył tylko fakt, że owo „różnicowanie funkcyj” jest dziełem państwa t. j.
organizacyi panowania – bo organizacya panowania od chwili swego powstania jest
zarazem organizacya pracy ludzkiej, a zatem daje początek podziałowi pracy i
„różnicowaniu się funkcyi.” Tak na rzecz się zapatrując, społecznik-socyolog na
wszystkie powyższe pytania autora, dotyczące cywilizacyi, dałby autorowi
zupełnie zadowalające odpowiedzi, np. że cywilizacya powstaje tam, gdzie
istnieją państwa, że „dogasa” tam, gdzie państwa upadają, a dogasać musi, bo
każde państwo przebiega stadya rozkwitu i upadku. Ponieważ zaś państwa powstają
tam, gdzie zderzają się różnorodne szczepy ludzkie i gdzie jedne podbijają
drugie – słowem, gdzie warunki społeczne, geograficzne czy terytoryalne
odpowiednio się schodzą, przeto na pytanie autora „co zapala i co gasi oddzielne
cywilizacye, co wznosi ludność różnych krajów na wyżyny i co je strąca” –
odpowiedź jest bardzo prosta: rozkwit państwa zapala cywilizacye, upadek państwa
ją gasi – rozwój państwa wznosi ludność na wyżyny, upadek państwa ją strąca.
Oczywiście, społecznik-socyolog, dając takie, jak
sądzę, zupełnie zadowalające odpowiedzi na różne pytania, dotyczące cywilizacyi,
nie uwzględnia przytem wcale związku sfery społecznej z innemi sferami życia i
świata, lecz ma jedynie na oku sferę społeczną. Być może, że jest to brak;
przynajmniej filozof przyrody nie zadowoli się objaśnieniami
społecznika-socyologa. Pojmujemy to niezadowolenie; filozof przyrody dąży bowiem
do najwyższej syntezy, obejmującej wszystkie sfery bytu i życia, jako przejawy
jednego i tegoż samego prawa. Dążenie to jest naukowo uprawnione; jeżeli zaś ma
być uwieńczone pożądanym skutkiem, poszukiwana synteza nie powinna w żadnej swej
części być w sprzeczności z faktami i prawdami, stwierdzonemi w sferze życia
społecznego, ani też nie powinna sprawdzonych w tej sferze faktów przeoczać lub
przemilczać, jak to czyni świetna zresztą synteza p. E.
Majewskiego.
LUDWIK GUMPLOWICZ.