Gustaw Ratzenhofer, „Prawda“, nr.
43, 22.10.1904, s. 512-513
(WSPOMNIENIE POZGONNE).
Nauka, a w szczególności socyologia i filozofia poniosły
niepowetowaną stratę. Jeden z najśmielszych i najdzielniejszych bojowników przeciw
wiekowym zabobonom i przesądom, bezwzględny obrońca prawdziwej nauki, przytem jeden
z najgłębszych myślicieli dzisiejszego świata zmarł prawie nagle d. 8 b. m., w 63
roku życia, na okręcie, którym wracał z odbytego właśnie światowego kongresu
uczonych w St. Louis, w Ameryce. Zmarł w chwili, kiedy stanął u zenitu swojej sławy
naukowej i kiedy ostatnim odczytem, wygłoszonym 24 września na kongresie w St. Louis
cały świat naukowy wprawił w oczekiwanie szeregu dalszych prac. Bo ta ostatnia jego
mowa „o problematach socyologii,“ jak z jednej strony była streszczeniem dzieł od
dziesięciu lat przez niego ogłaszanych, tak z drugiej – programem dalszych, których
można było się po nim jeszcze spodziewać.
Gustaw
Ratzenhofer
urodził się 4 lipca 1842 r. w Wiedniu, jako syn zegarmistrza, i według woli ojca
miał zostać zegarmistrzem, był już nawet terminatorem w tem rzemiośle. Kiedy jednak
ojciec wczas go odumarł, młody
Ratzenhofer,
nie mając środków na utrzymanie, wstąpił jako ochotnik do wojska. Był to rok 1859;
odbył więc wojnę austryacko-francuską, a w r. 1866 austryacko-pruską. W pierwszych
tych latach awansował bardzo powoli. W czasie pokoju między 1866–1879 wziął się do
samokształcenia i usilną pracą powetował obficie brak studyów gimnazyalnych i
uniwersyteckich. W tym peryodzie przypada pierwsza jego praca literacka: „Nauki
taktyczne z wojny 1870-71 r.,“ którą zwrócił na siebie korzystnie uwagę wyższych
władz wojskowych austryackich, tak że już łatwiej, niż dotąd, zaczął awansować. To
też w kampanii bośniacko - hercegowińskiej 1878–79 r. przydzielony był jako oficer
do sztabu generalnego i odtąd szybko szedł w górę, aż w r. 1890 został
feldmarszałkiem-porucznikiem, a następnie prezesem wyższego sądu wojskowego w
Wiedniu, którą to godność jednak niedługo piastował, gdyż w r. 1901 otrzymał
emeryturę. Przeszedłszy w stan spoczynku, zabrał się do ogłaszania swych dzieł,
dojrzałych już owoców ćwierćwiekowej pracy umysłowej. To też szybko po sobie
nastąpiły w ubiegłem dziesięcioleciu publikacye jego, obejmujące prawie cały zakres
socyologii i filozofii. Mianowicie wydał: „Istota i cel polityki“ (trzy tomy) 1893,
„Poznanie socyologiczne“ („Soziologische Erkenntnis“) 1898, „Monizm pozytywny i
jednościowa zasada wszech objawów,“ 1899, „Etyka pozytywna“ 1901, „Krytyka rozumu,“
1902.
Krytyka niemiecka przyjęła pierwsze z powyższych dzieł,
„Politykę,“ która nosiła podtytuł; „jako część socyologii i podstawa nauk
politycznych,“ bardzo chłodno, bo był to jeszcze czas, kiedy w niemieckich kołach
naukowych, zwłaszcza uniwersyteckich, socyologii odmawiano uznania, a już nie można
było przebaczyć
Ratzenhoferowi
że za podstawę swojej „Polityki“ wziął „Socyologię Gumplowicza,“ co jawnie w
przedmowie i w tekście dzieła kilkakrotnie wypowiedział. Bo żeby przynajmniej
Gumplowicza był przemilczał, miałby pewnie lepsze powodzenie u niemieckiej krytyki
uniwersyteckiej. Ale cóż, kiedy
Ratzenhofer nie
należał do tych uczonych cechowych, którzy źródła mądrości swej pokrywają
milczeniem, – nie potrzebował też tego nigdy czynić, bo zasób własnych myśli
genialnych, którym prześcignął wszystkich swych poprzedników, pozwalał mu zawsze
występować z otwartą, przyłbicą i każdemu przyznać to, co mu się należało.
To też mimo niechęci uczonych sfer niemieckich już drugie
dzieło jego „Soziologische Erkenntnis“ zjednało mu uznanie szerokich kół filozofów
nietylko w Niemczech, ale i za granicą, a głównie w Ameryce. Następujące trzy prace,
które mi wkroczył na właściwe pole filozofii, zachowując przytem konsekwentnie
socyologię jako swoją podstawę operacyjną, zmusiły najniechętniejszych do uznania,
że w szeregu wielkich myślicieli świata
Ratzenhofer
zajmuje jedno z pierwszych miejsc. Filozofia niemiecka zaczęła się z nim liczyć. Z
Ratzenhoferem wtargnęła socyologia na arenę nauki w Niemczech, gdzie
dotąd znajdowała tyle biernego oporu. Śmiało można powiedzieć, że
Ratzenhofer przebojem zdobył w Niemczech dla niej pozycyę naukową, której
odtąd, pomimo licznych jeszcze niechęci pokątnych, chyba i po śmierci dzielnego
swego obrońcy już nie utraci. Ale nie zadowolił się on pół-zwycięztwem w Austryi i
Niemczech. Postanowił skorzystać ze sposobności kongresu naukowego podczas wystawy w
St. Louis, aby z trybuny iście światowej zaznaczyć zwycięztwo idei socyologicznej,
socyologicznego pojmowania świata i dziejów. Nie była to tylko chęć zamanifestowania
się –
Ratzenhofer nie
znał próżności osobistej – ale chodziło o zadanie ciosu bodaj śmiertelnego tej
hydrze stugłowej przesądów,która dziś jeszcze nietylko ludzkość, ale i świat naukowy
ściska morderczymi zwojami, dusi i dławi, swobodną myślą odetchnąć jej nie pozwala.
A w końcu było jeszcze co innego: niepohamowana siła parła
Ratzenhofera do
tego kroku, połączonego z nieco ucjążliwą dla 63-letniego człowieka podróżą. W
twórczym jego duchu zabłysnął był nowy pomysł: wielka synteza wszech nauk
specyalnych ze stanowiska socyologii i cała wiązanka problematów socyologicznych,
ujęta w system logicznie zestawiony. Wszak właściwie dzieła jego, wydane w ubiegłem
dziesięcioleciu, przedstawiają całokształt naukowy. Bo wziąwszy za punkt wyjścia
teoryę socyologiczną o grupach społecznych i walce ich o byt, zbudował on na tej
podstawie najprzód teoryę polityki; następnie wykazał istotę „poznania
socyologicznego,“ naczem ono polega i o ile nam otwiera nowe źródła wiedzy różne od
dotychczasowych, bądź od „objawów“ teologicznych, bądź od spekulacyi filozoficznej
lub, nakoniec od metody przyrodoznawstwa i indukcyi,
fałszywie stosowanej do zjawisk społecznych.
W następnem dziele znowu przedstawił istotę „Monizinu
pozytywnego,“ wywodzącego cały świat zjawisk z jednej zasady jednolitej, a
mianowicie z „prasiły,“ wskazując identyczność jej we wszystkich zjawiskach, bądź
przyrody martwej, bądź organicznej, bądź wreszcie świata społecznego.
Wytłomaczywszy w powyższych trzech dziełach tożsamość
istoty i rozwoju całego świata, nie wyłączając ani człowieka, ani społeczeństwa, ani
nawet umysłowości ludzkiej, musiał
Ratzenhofer być
przygotowany na zarzut i pytanie: „a gdzie moralność?“ Jeżeli wszystkie czyny
ludzkie podlegają nieugiętym prawom natury i wszelka myśl ludzka, każdy zamiar,
zachcianka, namiętność, każde uczucie nasze są konieczne, bo przyrodniczo
uwarunkowane, cóż wtedy jest złem a co dobrem, co szlachetnem a co podłem, co
wzniosłem a co nizkiem, co jest cnotą a co zbrodnią? Tak pytają moraliści. Daje im
na to odpowiedź
Ratzenhofer w
swojej Etyce pozytywnej – odpowiedź wyczerpującą i znakomicie ufundowaną. Nie
opuszczając ani na krok swej podstawy przyrodniczej i socyologicznej, wykazuje
rozwój moralności, znaczenie pojęć i odróżnień: zło i dobro. Etyka jego, zbudowana
ściśle na gruncie darwinizmu i socyologii, odrzuca dawniejsze wywody moralności bądź
z idej apriorystycznych, bądź kantowskich imperatywów kategorycznych albo dowolnie
stawianych postulatów, a wykazuje raczej powolny rozwój tych idei i uczuć w miarę
rozwoju ustrojów życiowych i społecznych. Tą etyką zawojował
Ratzenhofer
szerokie koła filozofów fachowych niemieckich: „system“
Ratzenhofera
stanął co najmniej równorzędnie obok systemów filozofów nowożytnych od Spinozy do
Kanta i
Spencera.
Ale jeżeli całokształt jego dotychczasowych teory; miał być
ufundowany, pozostało mu jeszcze odpowiedzieć sobie i światu na pytanie: a skąd my
to wszystko wiemy? Jeżeli odrzucamy powagę objawień oraz idej spekulatywnych i
wszystko „rozumem“ naszym dociekamy, gdzież rękojmia, że „rozum“ ten nas nie myli?
co zacz on i kto go rodzi, że tak na nim mamy polegać? Tym pytaniom gwoli powstało
ostatnie z jego dzieł: „Krytyka rozumu.“ Tutaj znowu ta sama metoda przyrodnicza
badania indukcyjnego. Wszelkie jestestwo jest przejawem prasiły. Każdy ustrój od
najniższego do najwyższego ma wrodzony swój interes samozachowawczy. W wyższych
ustrojach interes ten staje się świadomym siebie. „Zdolność uświadomionych ustrojów
samozachowania się w walce o byt i rozwijania się w kierunku wrodzonego interesu
nazywamy rozumem.“
Trudno mi dzisiaj więcej o tej książce powiedzieć, dodam
tylko, że od czasu kantowskiej „Krytyki czystego rozumu“ nie było dzieła
filozoficznego, któreby tak zadawalająco rozwiązało arcytrudną kwestyę
istoty rozumu. Przynajmniej to jest rzeczą pewną, żę podczas,
gdy wszystkie dotychczasowe usiłowania rozwiązania tej kwestyi nie mogły nas
ostatecznie
zaspokić, bo zawsze w końcu odsyłały do jakiejś
po za zmysłowej instancyi bądź teologicznej, bądź spekulatywnej, nie dawały nam
nigdy światopoglądu jednolitego, tylko zawsze rozerwany i podwójny, pół w świetle
rze
513
czywistości, pół w cieniu wiary albo abstrakcyi, światopogląd
Ratzenhofera natomiast jest jednolity i jasny, bez ciemnych punktów, bo
nawet jego „prasiła“ przedstawia się jako naukowo najprotsze, najmniej ciemne
pojęcie i wyraz ostatniej zasady wszechbytu, od wszelkich innych podobnych tem się
korzystnie wyróżniające, że każde zjawisko wszechświata da się z niej wywieść w
sposób najzrozumialszy. Nie schodząc z podstawy indukcyi i doświadczenia, bardziej
zadawalająco, niż
Ratzenhofer,
ostatnich zagadek wszechświata rozwiązać nie można.
W każdym razie, porównywając „Krytykę czystego rozumu“
Kanta
z „Krytyką rozumu“
Ratzenhofera,
trudno nie uznać, że myśl filozoficzna znacznie się rozwinęła i że potrafiła
zużytkować w
Ratzenhoferze
wszelkie zdobycze przyrodoznawstwa XIX w., aby nam stworzyć światopogląd nowy,
odpowiadający rozwojowi umysłu ludzkiego w tych stu latach, upłynionych od czasu
filozofa królewskiego.
Zdawałoby się, że dokonawszy w dziesięcioleciu 1892–1902 a
w szóstej dziesiątce swego wieku tak wielkiego dzieła, jakiem jest całkowity system
filozofii, który powyżej w kilku słowach skreślić usiłowałem, udawałoby się, że
twórca-myśliciel odpocznie, zażywając w spokoju zasłużonej sławy. Tymczasem
niestrudzony umysł
Ratzenhofera z
młodzieńczą energią snuł dalsze plany, ku wyższym ciągle rwał się szczytom. Bo jak
alpiniście, któremu im wyżej się wspina tem szerszy roztwiera się widnokąg, tak i
Ratzenhoferowi teraz dopiero z wysokości wzniesionego gmachu filozofii na
podstawie socyologii rozwarł się nowy, daleko rozleglejszy, niż dotąd, widnokrąg.
Objął on nagle okiem ducha ogromny przestwór socyologii, jako wszechnauki,
obejmującej w sobie wszystkie dotychczasowe nauki specyalne, które bezwiednie
spełniały tylko jedno zadanie: zbieranie i przygotowywanie materyału dla tej
najwyższej, ostatniej syntezy naukowej. Zarazem jednak stanęły przed nim w pełnem
świetle, jasno odrysowane wszystkie poszczególne „problemata“ tej najwyższej nauki,
od których rozwiązania zależnem jest spełnienie najtrudniejszego zadania wszelkich
badań ludzkich: zapewnienie największego dobrobytu ludzkości.
Porwany siłą tej idei, jakby odurzony widokami, które jego
badawczemu duchowi przedstawiały nowe dziedziny dociekań, snując już na tem tle
plany dziel przyszłych,
Ratzenhofer
pragnął przedewszystkiem ten pomysł o właściwym stosunku socyologii do całego
obszaru dotychczasowych nauk specjalnych i ten zarys systematyczny problematów
socyologii wygłosić jak można najszerszemu kołu ludzi nauki całego świata.
W sam raz nadarzyła się okazya kongresu, zapowiedzianego w
St. Louis na r. 1904. Tam, już w lecie zeszłego roku, postanowił
Ratzenhofer wygłosić odczyt: O problematach socyologii. Tymczasem z
końcem zimy r. b. dość ciężko zapadł na chorobę gastryczną, musiał przerwać
wszystkie prace i kilka miesięcy przebyć w sanatoryum. Myślałem już że porzuci myśl
podróży do Ameryki. Lecz na wiosnę r. b. w miarę, jak do sił przychodził, podjął na
nowo swój projekt i zaczął układać odczyt kongresowy. Z końcem maja przysłał mi
szkic jego. Byłem wprost zachwycony śmiałością poglądów, szerokim widnokręgiem na
cały obszar nauk – i trafnem wykazaniem związku ich z socyologią. W ciągu lata
wrócił już był zupełnie do zdrowia. Zdecydował się więc na podróż w towarzystwie
młodszego syna, oficera anstryackiego sztabu generalnego. Pod datą 18
sierpnia odebrałem ostatni list jego z Wiednia, w którym mi
zakomunikował szczogółowo program podróży. „Wyjeżdżam 27 b. m. i statkiem Wilhelm
Wielki podążam do Nowego-Yorku, aby po kilku mniejszych wycieczkach w Ameryce na 19
września przybyć do St. Louis, gdzie w wydziale kongresowym, poświęconym „Social
Structure“ wygłoszę mój odczyt. Na 8
października mam wrócić
do Europy, a na 17 stanę z powrotem w Wiedniu.“ I spełnił wszystkie punkty
powyższego programu zajechał szczęśliwie do St. Louis; odczyt wygłosił 24
października. Z tego dnia datowana jest ostatnia jego pocztówka przesłanauii z St.
Louis; widoczek jej przedstawia „festival Hall and grand Basin“ wystawy. Z przypisku
widać, że
Ratzenhofer był
w nastroju podniosłym po udanym i dobrze przyjętym odczycie, bo przesyła serdeczne
pozdrownie po „skutecznej mowie“ (Herzlichen Gruss nach erfolgreicher Rede).
Oczywiście, że miał chwilę wysokiego zadowolenia i szczęścia. Dalsze punkta programu
spełniły się: przybył z St. Louis do portu na swój statek, przepłynął szczęśliwie
prawie cały Atlantyk i 8
października wrócił do Europy, ale
niestety już nieżyw! W nocy z 7 na 8 nagle zachorował ciężko na okręcie i zmarł w
parę godzin. Do Wiednia, rodzinnego swego miasta, wrócił – na marach! Dnia 14
października dwaj synowie jego, starszy dr.
Gustaw i
młodszy
Emil, który mu
towarzyszył w podróży i zwłoki jego przywiózł, pochowali go na cmentarzu w Hietzing
w Wiedniu.
Czytając 1 czerwca r. b. z zachwytem szkic przygotowanego
na kongres odczytu, cieszyłem się, że mam przed sobą zapowiedź szeregu dzieł
niestrudzonego badacza i myśliciela, a znając energię tego młodszego ode mnie o
cztery lata człowieka, miałem nadzieję, że rozwinięte w tym odczycie myśli wykona. I
szczęśliwym się czułem, że danem mi jeszcze było poznać ten program nowej seryi
dzieł socyologicznych, których całkowitej publikacyi doczekać się nie miałem chyba
już nadziei. Ani mi się śniło, że czytam śpiew łabędzi młodszego towarzysza boju,
testament naukowy wielkiego myśliciela. Tak jednak się stało! Zawcześnie dla nauki
zgasł – ale światło przez niego rozniecone nie przeminie, dopóki będą na świecie
ludzie, którzy prawdę naukową przekładają nad marny interes doczesny!