Hipotezy w dziejopisarstwiein: Prawda, nr 32, 11.8.1900,
s 384-385, nr 33, 18.8.1900, s 395-396, nr 34, 25.8.1900, s. 404-406
Jaką rolę odgrywają hipotezy w naukach ścisłych: rzecz
znana. Są one istoinemi dźwigniami, które naukę od szczebla do szczebla coraz wyżej
podnoszą. Oczywista, że hipotezy mogą być rożne: dobre i złe, celowe i zupełnie
nieprzydatne. Bez hipotez jednak żadna nauka obejść się nie
może, bo umysł ludzki, chcąc sobie wytłomaczyć prawidłowy rozwój zjawisk
przyrodniczych, stawia różne przypuszczenia co do początków i pierwiastków
wszechrzeczy i próbuje, czy zjawiska znane dadzą się wytłomaczyć ze zjawisk
przypuszczonych, tj. z hipotezy.
Fizycy przy pomocy hipotezy atomistycznej starają się
wytłomaczyć prawa mechaniki;
Darwin zbudował
genialną swoją hipotezę ewolucyjną, aby wyjaśnić powstanie różnych rodzajów istot
organicznych:
Weissman stawia
dzisiaj hipotezę zarodków (Keimplasma), chcąc za jej pomocą wyjaśnić różne zjawiska
dziedziczności;
Ratzenhofer w
najnowszem swem dziele „Der positive Monismus“ zakłada hipotezę „prasiły“ (Urkraft)
w celu wytłumaczenia zjawisk nietylko przyrodniczych, ale i społecznych za pomocą
jednej zasady.
Każda taka hipoteza spełnia swoje zadanie, jeżeli
przyczynia się choć w części do wyjaśnienia pewnych zjawisk przyrody, dotąd innym
sposobem wyjaśnić się nie dających, a znika z widnokręgu, jako niepotrzebna, skoro
dalsze badania wykażą jej wadliwość: wtedy jej miejsce zastępuje inna hipoteza. Tak
odbywa się postęp nauk.
Dodać należy, że nic tak bardzo nie porusza umysłów
ludzkich i nic tak bardzo nic przyczynia się do coraz większego zgłębiania zagadnień
nankowych, jak dobre hipotezy. Dobrą hipotezą zaś jest ta, która: 1) nie sprzeciwia
się żadnemu dotąd znanemu prawu przyrodniczemu; 2) opiera się na ile możności
największej liczbie znanych dotąd zjawisk i pewników naukowych, a po 3) zdolna jest
do wyjaśnienia choćby częściowego zjawisk dotąd zagadkowych. Wszystko to na polu
nauk ścisłych jest powszechnie znanem. Mniej zaś o tem pamiętamy, że nie inaczej się
dzieje na polu nauk społecznych w najszerszem znaczeniu tego
słowa. Choć to właściwie rozumie się samo przez się. Boć nauki „społeczne“ także
niezem innem nie są, jeno „historyą naturalną“ ludzkości. Więc metoda badań
przyrodniczych i na tem polu jedynie jest przydatna; i tu zatem hipotezy tę samą
odgrywać winny rolę.
Jeżeli, dajmy na to, ktoś stawia hipotezę, że wszystkie bez
wyjątku państwa powstają drogą najazdu, hipoteza ta nie jest bez użytku, albowiem 1)
silnie (nawet bardzo silnie!) porusza umysły i pobudza do badan w tym kierunku: 2 i
wyjaśnia choćby tylko częściowo liczne instytucye polityczne, które w inny sposób
nie tak łatwo objaśnić się dadzą, np. istnienie klas uprawnionych wobec klas,
pozbawionych wszelkiego prawa.
A jednak ta hipoteza tak długo tylko gromadzie będzie mogła
zwolenników, dopóki np. jakiś przyszły
Darwin polityczny nie
wykaże, dajmy na to, że w nowoodkrytej części świata istnieje państwo, które
powstało drogą „umowy społecznej“ albo powolnej „ewolucyi“ z łona
jednej rodziny. Jeżeli to będzie kiedyś udowodnionem albo przynajmniej
popartem lepszymi argumentami, wtedy hipoteza najazdu upadnie nie bez pewnej
zasługi, albowiem poruszyła umysły do badań głębszych i przez to samo przyczyniła
się do postępu nauki, która zwaliwszy ,starą“ hipotezę najazdu, opierać się będzie
na nowo ugruntowanej, na nowych świadectwach opartej hipotezie „ewolucyi
społecznej.“
Najmniej zaś o tem pamiętamy, że na polu badań historycznych hipotezy tak samo są uprawnione i takie samo
mają znaczenie, jak na polu nauk ścisłych i społecznych. Tam bowiem, gdzie brak
zupełny albo częściowy świadectw współczesnych i wiarogodnych niemożliwem albo
trudnem nam czyni wyjaśnienie zdarzeń, poprzedzających późniejsze, znane już
wypadki, nie pozostaje nic innego, jak za pomocą hipotez robić próby wyjaśnień. Każda taka próba jest uprawnioną, jeżeli choć częściowo
zdoła wyjaśnić zagadkowe dotąd wypadki. Oczywiście, że i tutaj hipotezy mogą być
mniej lub więcej przydatne do wyjaśnienia zagadkowych lub tajemniczych faktów lub
zdarzeń. Zależy to to na polu badań historycznych od następujących warunków.
Jeżeli przypuszczenie historyka, mające wyjaśnić zagadkowy
dotąd fakt, nie sprzeciwia się żadnym innym dotąd znanym faktom, jeżeli nadto może
posłużyć do wyjaśnienia dotąd ciemnych i zagadkowych faktów, to w każdym razie tak
długo będzie ono miało racyę bytu, jak długo nie zostanie wykazaną sprzeczność
przypuszczenia z pewnymi skądinąd faktami albo dopóki owe fakta ciemne, które miały
być wyjaśnione za pomocą postawionej hipotezy, w inny sposób wyjaśnione nie będą.
W obrębie tych warunków zaś ta
hipoteza znówu będzie miała większą zasługę, która potrafiła silniej poruszyć
umysły, do zgłębionego pobudzić badania, a tem samem do wielostronnego ocenienia
danego faktu lub zdarzenia.
Nic to też nie ujmuje sławie i zasługom historyków, jeżeli
hipotezy ich z czasem zupełnie zostały usunięte: albowiem wiedza historyczna,
torując sobie drogę do czasów przedhistorycznych lub epok przeważającego
analfabetyzmu, nie może inaczej przeniknąć tajemnic dziejowych, jak przez
pobojowisko, zasłane poronionemi hipotezami. Ileż to takich hipotez, których
bezzasadność zna dzisiaj każdy gimnazyasta, stworzyli np.
Lelewel i
Bielowski: ale te rojenia pozostaną na zawsze czcigodnem świadectwem
wielkich trudów naukowych, podjętych w celu wyjaśnienia do dziś dnia jeszcze
ciemnych dla nas czasów pierwotnej historyi Polski.
* * *
Niewtajemniczonemu w trudności badań zamierzchłych wieków,
które nie pozostawiały dostatecznych świadectw historycznych, albo których
piśmiennictwo, powodując się tylko widokami partyjnymi, nie dbało o prawdę, mogłyby
się zdawać drobnostkowemi i pedantycznemi usiłowania odkrycia nazw i osób autorów
średniowiecznych kronik. Tymczasem rzut oka na podobne usiłowania w obcych krajach
może pouczyć, że musi to być ważna rzeczą skoro wszędzie historycy tyle pracy
poświęcili, tyle trudów naukowych podjęli dla skonstatowania nazw i osób tych
niezliczonych „anonimów“ średniowiecznych, ileż to na zachodzie dotąd bezowocnych
stawiano hipotez, ile poszukiwań poświęcono, aby odkryć i stwierdzić, kim był autor
bezimienny opisu pierwszej krucyaty „Gesta Francorum.“Gesta Francorum et aliorum hierosolimitanorum – „Czyny
Franków i innych, którzy szli na Jeruzalem“, anonimowa kronika pierwszej wyprawy
krzyżowej, powstała w latach 1099-1101 – przyp. J.S. Albo w sąsiednich
Węgrzech, ile rozpraw pisano prawie przez przeciąg kilku wieków z powodu
bezimiennego autora kroniki znanego jako „notarius Beli,“Właść. „Anonymus Bele Regis Notarius“ Anonimowy autor Gesta
Hungarorum najstarszej kroniki Węgier, spisanej najprawdopodobniej za
króla Beli III (1148-1196). Por. Gesta Hungarorum. Anonimowego
notariusza króla Beli, ze wstępem i przypisami Ryszarda Grzesika,
tłumaczyła Aleksandra Kulbicka, Societas Vistulana, Kraków 2006 – przyp.
J.S. aż nareszcie w nowszym dopiero czasie powszechna stanęła zgoda, że to
był Pous, sekretarz (notarius) króla tego.Magister Pous,
notariusz na dworze króla Beli IV (1206-1270), uważany przez część badaczy za
autora Gesta Hungarorum – przyp. J.S.
I nic dziwnego, że już o stwierdzenie osobistości autorów
kronik tak bardzo się kusi krytyka historyczna, bo najczęściej osobistość autora
jest
kluczem do zrozumienia
dzieła,
daje jedynie możność oceniania wartości opowiadan jego. O ileż ważniejszą zaś staje
się tu rzecz, jeżeli bezimienny autor jest
jedynym na swój
wiek kronikarzem, jak to np u nas rzecz się ma z kronikarzom „
Gallusem,“ który
nietylko jest pierwszym kronikarzem Polski, ale po którym znowu następuje prawie
wiek cały pozbawiony kronik, poczem dopiero zjawia się kronikarz (
Kadłubek ), który jednak zawziął się, żeby zdarzenia rzeczywiste okryć
nieprzeniknioną powłoką niedorzecznych bajek i fałszów: kronikarz, któremu
największa życzliwość nie oszczędza epitetu „gaduła,“ objektywna zas krytyka nazywa
poprostu „łgarzem.“
Woboc tak smutnego stanu kronikarstwa naszego aż do XIII
wieku, nie dziw, że osobistość autora pierwszej kroniki naszej, jako warunek konieczny zrozumienia i ocenienia dzieła jego, od
półtora wieku żywo zajmuje umysły historyków naszych i obcych. Powstał też cały
szereg hipotez, po których jak po szczeblach wiedza historyczna kroczyła coraz
wyżej, starając się ile możności przez poznanie osobistości autora zyskać punkt oparcia dla ocenienia prawdziwości jego opowiadań –
najwcześniejszych i jedynych w Polsce o Polsce nakreślonych.
I nie można powiedzieć, aby usiłowania te historyków były
bezowocne; owszem uwieńczone zostały stosunkowo dość pomyślnym skutkiem, bo po
usunięciu różnych mniej przydatnych, stanęła prawie powszechna zgoda na następującą
hipotezę: że autorem był z zagranicy pochodzący
mnich,
zostający w jakimś blizkim stosunku do Bolesława
Krzywoustego,
może nadworny jego kapelan, który jako taki kronikę swoją napisał dla uświetnienia
osoby i rządów monarchy, mając na widoku pewne korzyści osobiste.
Hipoteza ta choć nie była wyczerpującą, bo nie wskazywała
dokładnie osoby autora, tylko
stan
jego duchowny i prawdopodobne stanowisko społeczne, hipoteza ta jednak na razie była
wystarczającą, bo za pomocą jej można było wyjaśnić sobie mniej więcej punkt
widzenia, z którego kronikarz patrzał ua sprawy polskie; na zasadzie tej hipotezy
historycy słusznie zawarte w kronice tej pochwały Bolesława
Krzywoustego przyjmowali
cum grano salisłac., z odrobiną rezerwy, sceptycyzmu; nie biorąc rzeczy
całkiem dosłownie – przyp. J.S.; nie zapominali, że mają do czynienia z
mnichem, chcącym się przypodobać
monarsze. Na razie więc był to niepośledni rezultat ustalonej i ogólnie
przyjętej hipotezy.
Jednak hipoteza ta nie mogła być ostatnią w kwestyi
autorstwa kromki. Bo najprzód zbyt ogólnikowo wskazywała osobę autora. Powtóre
wyjaśniała wprawdzie pewne rysy kroniki rzucała światło na zajęte przez autora w
opowiadaniu swem stanowisko: ale z drugiej strony zostawiła dużo jeszcze faktów
niewyjaśnionych, dużo wyrażeń i zwrotów wprost niezrozumiałych, niedających się z
nią pogodzić. Jeżeli „mnich“, kapelan nadworny pisał tę kronikę, jakimże sposobom,
mógł on nazwać biskupa krakowskiego
Stanisława,
„zdrajcą“ (traditor)? Jakżeż mógł nie potępić bezwzględnie i bez zastrzeżeń
popełnionej na biskupie zbrodni? Jakżeż mógł nie oddać czci należnej pamięci
męczennika, którego kościół 150 lat później przyjął w poczet świętych?
Noa pytania te historycy nasi duchowni odpowiadają, że
wiarygodność
Gallusa jest
podejrzaną; jest to bowiem „incerti status et nationis“ scriptor (powiada biskup
Prażmowski ), jakiś „włóka mnich“ (jak pisze biskup
Lętowski ), którego
słowom nie można dowierzać. Podobnie traktuje
Gallusa X.
Kalinka i klerykał hr. Włodzimierz
Dzieduszycki.
385
Natomiast świeccy historycy starali się tego
„traditor“ wytłomaczyć w taki sposób jakoby św. Stanisław miał jakieś zmowy z
Czechami przeciw
Bolesławowi
Śmiałemu, w skutek czego przez tego zabitym a przez
Gallusa „zdrajcę“
nazwanym został.
Opinię tę wyraził naprzód
Czacki (1801) za co
niemiłosiernie smaga go Maurycy
Dzieduszycki (1865). Ale i po
Czackim cały szereg
autorów świeckich mniej lub więcej śmiało wracał do pomysłu, jakoby ow wyraz
„traditor“ użyty przez
Gallusa o św.
Stanisławie odnosił się do jakichś konszachtów biskupa krakowskiego z
Czechami. Każdorazowo na takiego śmiałka (choć nieraz bardzo nieśmiałego) zwracały
się ostre strzały historyków i pisarzy duchownych w obronie patrona Polski, który
(jakby w przeczuciu tej przyszłej swej godności) w żaden sposób nie mógł wchodzić w
konszachty z Czechami. Zapomniano przy całej tej ze strony klerykalnej z wielką
namiętnością prowadzonej polemice, że w XI w. o właściwym kontraście
narodowym między Czechami a Polską mowy być nie może. Jeżeli
się toczyły wojny między Czechami a Polską, to wojny prowadzili między sobą różni
książęta polscy, bo wtedy wojny nie były
narodowe, ale
dynastyczne wielkich i małych książąt i panujących między
sobą – a jeden drugiemu zabierał chłopów, których narodowość mu była obojętną, byle
tylko do pracy mieli ręce i nogi.
W tych bezustannych walkach
książąt
między sobą dostojnicy kościoła, biorąc stronę to jednych to drugich, nie mogli się
kierować nieznanym wtedy jakimś patryotyzmem
narodowym: ale
kierowali się interesem kościoła lub
stronnictwa kościelnego;
to też w wiekach owych widzimy często i w zachodnich krajach biskupów walczących
przeciw swoim monarchom, to znów biorących stronę jednego papieża przeciw drugiemu.
Czy pisarz średniowieczny, zwłaszcza duchowny, byłby biskupa walczącego przeciw
swojemu monarsze dajmy na to w obronie interesów kościelnych nazwał „zdrajcą,“ – o
tem wątpić trzeba. Byłby w takim razie raczej monarchę nazwał odszczepieńcem.
Jakkolwiek fakt zmowy i konszachtów św.
Stanisława z
Czechami, choć nie pozbawiony pewnych pozorów, dotąd nie został dostatecznie
udowodniony, a o wyjaśnianiu
z tego punktu widzenia owego
Gallusowego wvrazu „traditor“ dotąd mowy nie ma.
Nie dziw więc, że krytyka historyczna niezadowolona
dotychczasowymi rezultatami hipotez i badań, zwróciła się w inną stronę w celu
wyjaśnienia tajemniczej postaci bezimiennego
Gallusa, aby
poznawszy dokładniej osobistość tego autora, znaleźć w niej klucz do rozwiązania nie
jednej zagadki, mieszczącej się w jego kronice i nie jednej tajemnicy dziejów
pierwotnej Polski. Po dotychczasowych badaniach nad osobą tego bezimiennego
Gallusa dalsza hipoteza co do jego osobistości nie była zbyt trudną, a
obeznanemu dokładnie z pozostałym szczupłym zapasem zródeł historycznych owego czasu
nastręczała się prawie sama przez się.
Bo rozważmy tylko.
Zgoda powszechna
była historyków, że to był mnich, nadworny kapelan Bolesława
Krzywoustego:
zgoda była, że kronikę napisał w r. 1113. Po za te dwa pewniki ustalone przez
dotychczasową krytykę Stanisław
Smolka uczynił
jeszcze jeden krok naprzód, stawiając domysł zupełnie uprawniony. „...Gallus,
Franzuz czy Burgundczyk, najdawniejszy nasz kronikarz był w każdym razie
niepospolitym człowiekiem: dworak i pochlebca, łaszący zarówno wszechwładnemu
księciu jak i biskupom,
marzył zapewne ukradkiem, żeby go kiedy
łaska książęca na jaką stolicę biskupią osadziła.“
[1]
Jeżeli więc w roku 1113 jakiś
Gallus mnich,
kapelan nadworny marzący o osiągnięciu stolicy biskupiej pisał tę kronikę: a źródła
historyczne donoszą, ze w 1114 na stolicy biskupiej w Kruszwicy tenże sam Bolesław
Krzywousty mianuje biskupem Balduina
Gallusa: czy tedy
hipoteza, że ten biskup
Gallus jest owym
kronikarzem
Gallusem jest
płodem „wyuzdanej fantazyi,“ jak świeżo twierdzi prof.
Caro? Czy przeciwnie
ta hipoteza nie nasuwa się sama przez się?
Że zatem postawienie tej hipotezy jest uprawnionem, to
rzecz jasna. Inna kwestya, czy hipoteza ta się utrzyma, lub czy też zbitą zostanie o
ile wykażemy, że ów Balduin
Gallus biskup
kruszwicki nie mógł być autorem tej kroniki i udowodnimy, że zagadkowe ustępy
kroniki za pomocą
tej hipotezy wytłomaezyć się
nie dadzą, a na różne tajemnice ówczesnych dziejów Polski z
tej hipotezy żadne nie spływa światło? Oczywista, że
trzeba na to dłuższego czasu – bo ani jedno ani drugie nie może być dziełem jednego
lub drugiego historyka – tylko krytyka historyczna przejawiająca się w
przeważnej liczbie krytyków przez dłuższy przeciąg czasu,
rozstrzygnie, czy hypoteza ta będzie przyjętą, czy odrzuconą. Bo zważmy, że i
postawienie hipotezy tylko pozornie jest dziełem jednostki: w istocie jest dziełem
całego szeregu historyków. Widzieliśmy bowiem, jak na
hipotezę o autorstwie
Balduina,
wypowiedzianą przez M.
balduin gallus bischof von kruszwica. wiedeń,
1896. odbitka ze „sprawozdań wiedeńskiej akademii
nauk“Gumplowicza ), złożyli się wszyscy ci historycy, którzy stwierdzili
obcokrajowość autora,
stan duchowy
jego,
stanowisko nadworne, a wreszcie prawdopodobne jego
dążenie do zdobycia biskupstwa (
Smolka ). Od tego
ostatniego punktu pozostał jeszcze tylko jeden krok do
Balduina, krok, do
którego prowadził cały poprzedni rozwój badań. Z tern wszystkiem
wartość tej hipotezy sprawdzić się da tylko za pomocą
próby, o ile ona zagadkowe i eiemne dotychczas ustępy kroniki dostatecznie
wyjaśnia. Zobaczymy więc, czy taka próba dobrze wypadnie.
(D.n.).
Wspomnieliśmy już, że najtwardszym orzechem do zgryzienia w
kronice
Gallusa był
ów „traditor,“ św.
Stanisław.
Ze stanowiska jednak
biskupa
Balduina
Gallusa wyrażenie to jest zupełnie zrozumiałem. Biskup Balduin
Gallus bowiem jako obcokrajowy był oczywista przysłany do Polski z ramienia
Rzymu; w każdym razie był gorącym stronnikiem Rzymu. Pisał on kronikę swoją zaledwie
w 30 lat po głośnych w całej Europie walkach o reformy Gregoryańskie. We wszystkich
państwach Europy, w obrębie całego ówczesnego ckrzesciaństwa wrzała walka o te
reformy, których celem było ustalenie przewagi kuryi rzymskiej nad całym kościołem,
a więc nad wszystkiemi arcybiskupstwami i biskupstwami wszystkich krajów
katolickich. Wiadomo, że planom
Grzegorza VII
sprzeciwiały się nietylko różno państwa, zwłaszcza cesarze niemieccy, ale także
różni dostojnicy kościoła w różnych państwach. Wszędzie byli między biskupami
stronnicy i przeciwnicy idei Grogoryańskiej. Przeciwnicy obstawali za
samodzielnością biskupstw i kapituł i niezależnością od Rzymu, którą utrzymać
starali się przez sojusz z władzą świecką. Gdzie zaś władza świecka stanęła po
stronie Rzymu, tam biskupi anti-gregoryańscy wypowiedzieli wojnę zarazem Rzymowi i
władzy świeckiej. Taka sytuacya wytworzyła się za czasów Bolesława
Śmiałego w Polsce.
Z przyczyn politycznych Bolesław Śmiały był stronnikiem
Grzegorza VII. Zachowały się listy papieża tego, w których wzywa Bolesława
Śmiałego do
popierania reformy kościelnej w Polsce. Jeżeli biskup
Stanisław był
przeciwnikiem
Bolesława,
to oczywiście był antigregoryaninem. Że nim był – nie dziwnego. Duchowieństwo
polskie, o ile się rekrutowało ze szlachty, uważało majątki kościelne w Polsce za
swoje, bo pochodziły z fundacyi szlachty. Pretensye i
żądania Rzymu musiały tomu duchowieństwu krajowemu wydawać się przesadne. Liczne są
na to dowody, że w Polsce jak i w innych krajach Europy w Xl wieku episkopat
krajowy sprzeciwiał się zaprowadzeniu reform Gregoryańskich,
do których należało także
bezżeństwo duchownych. Stronnik
papieża Bolesław
Śmiały musiał
się
396
narazić takim biskupom antigregoryańskim. Że dalej biskup
krakowski
Stanisław nie był
po stronie papieża, owszem, że walczył przeciwko Rzymowi, dowodzi okoliczność, że
ani
Grzegorz VII, ani żaden z ówczesnych pisarzy kościelnych albo kronikarzy
klasztornych słówkiem nie wspomnieli o zabójstwie jego, co przecież bez wątpienia by
nastąpiło, gdyby św.
Stanisław był
poległ
w obronie kościoła rzymskiego. W XI i XII wieku nie
mamy żadnej wzmianki o zabójstwie św.
Stanisława.
Rzecz prosta: w oczach Rzymu obrońca kościoła krajowego (czy jak twierdzi dalej
idąca hipoteza Maks.
Gumplowicza obrońca „obrzędu słowiańskiego“
[3]
) w każdym razie był „zdrajcą“ choć w oczach bezstronnego historyka jest
on reprezentantem
idei, co najmniej równie uprawnionej, jak
Gregoryanska idea supremacyi Rzymu.
Ale jasna rzecz, że wszyscy obcokrajowi dostojnicy kościoła
przysyłani do Polski z ramienia Rzymu, jedyną mając podporę swoją w Rzymie, a nie w
ludności krajowej, tj. w szlachcie, musieli być gorącymi zwolennikami idei
Gregoryańskicj. W takiem też położeniu znajdować się musiał ów tajemniczy „
Gallus mnich i kapelan nadworny,“ który r. 1113 pisał kronikę Swoją, w
takiem też a nie innem ów Balduin
Gallus który r. 1114
mianowany został biskupem kruszwickim, a który jakeśm widzieli wraz z autorem
kroniki, najprawdopodobniej stanowiłł jedną i tę samą osobę.
Na zasadzie, więc tej hipotezy o „Balduinie
Gallusie “ sąd kroniki, że biskup
Stanisław był
„traditor“ staje się najzupełniej jasnym i zrozumiałym. W oczach każdego
Gregoryańczyka każdy antigrogoryańczyk uchodził za „traditora,“ za zdrajcę sprawy
Rzymu. Że zaś nasz kronikarz konsekwentnie wyrazu „traditor“ w
tym sensie używa najlepszy tego dowód w jego opisie zamieszek po śmierci
Mieszka II, które nie były niczem innem, jeno powstaniem przeciw
popieranemu przez
Ryxę duchowieństwu
niemiecko – łacińskiemu, w obronie czy to „obrządku słowiańskiego;“ jak sądzi
Maksym.
Gumplowicz, czy
też poprostu duchowieństwa swojskiego, Kronikarz nasz tedy nazywa ze swego
stanowiska najsłuszniej wrogów
Ryxy zdrajcami
(traditores).
Widzimy stąd, że kronikarz
Gallus przeciwników
rzymskiego obcokrajowego duchowieństwa nazywa zdrajcami i że tem mianem napiętnował
także biskupa
Stanisława, co w
ustach obcokrajowego duchownego w Polsce, a więc naturalnego stronnika Rzymu, i
wroga wszelkich separatystycznych względem Rzymu tendencyj kleru katolickiego,
bynajmniej zadziwić nie może. Tak tedy: hipoteza o Balduinie, jako autorze kroniki
naszej, wyjaśnić ustęp dotąd ciemny o
traditorze jest zdolna.
Powiadają historycy (zwłaszcza duchowni, ale i wielu
świeckich), że niepodobna przypuszczać, ażeby biskup
Stanisław Szczepanowski był przeciwnikiem Rzymu, skoro Rzym go kanonizował.
Zarzut ten jest tylko, że tak powiemy,
kanoniczny, ale nie
historyczny. Według nauk kościoła i według zasad
kanonizacyi, przeciwnik Rzymu nie mógł nigdy być kanonizowany, a święty kościoła
katolickiego nie mógł nigdy być przeciwnikiem kościoła rzymskiego, a więc najwyższej
jego powagi: kury i rzymskiej.
Ale ten zarzut zupełnie słuszny ze stanowiska nauki
kościoła, nie może obalić taktów historycznych, tak samo jak nauka kościoła nie
mogła obalić sprzeciwiającego się jej systemu
Kopernika i
faktów naukowo udowodnionych, na których ten system spoczywa.
Taktem zaś historycznym jest, że kościół katolicki kurya
rzymska, cały świat katolicki, reprezentowany w tak obfitej od schyłku XI i przez
cały wiek XII literaturze duchowej
ani jednem słówkiem, ani jedną
sylabą nie wspomniał a męczeństwie św. Stanisława, o
zabójstwie jego przez Bolesława
Śmiałego. Co
więcej, mamy tak licznych pisarzy duchownych z końca XI i z całego XII w., którzy
cudom świętych obszerne dzieła poświęcali:
o cudach
św. Stanisława
, aż do naszego
Kadłubka w końcu XII w. nikt ani słówkiem nie wspomina To głuche milczenie
o św
. Stanisławie,
męczeństwie jego i cudach przez 120 lat jest aż nadto wymownem. Według wszakże zasad
krytyki historycznej z milczenia tego wnosić należy, że św.
Stanisław nie
poniósł śmierci
w obronie kosctola rzymskiego i że o żadnych
cudach jego przez 120 lat nikt nic me słyszał.
Ale ta ściśle logiczna konkluzya spotyka się znowu z
jeszcze gwałtowniejszymi zarzutami, tym razem juz nie kanonicznymi, ale „moralnymi.“
Jakżeż – powiadają z oburzeniem
Dzieduszyccy,
Kalinkowie – można
przypuścić, żeby taki Mistrz
Wincenty, biskup
krakowski z palca sobie wysnuł całą, bajkę o biskupie
Stanisławie,
skarconym przez bezbożnego króla, o męczeństwie jego w obronie kościoła, a w końcu o
tylu cudach, stwierdzających najlepiej, świętość biskupa
Stanisława?
Na to trzeźwa krytyka historyczna odpowiedziała, już dawno,
że cała kronika
Kadłubka jest
zlepkiem najdziwaczniejszych bajek i wymysłów. Sąd taki o
Kadłubku wypowiedzieli historycy obcy i swojscy w najrozmaitszych formach, tak
że ułożyćby się dała cała skala sądów o
Kadłubku od form
najrubaszniejszych do najdyplomalyczniejszyeh – do bezczelnych płytkich zmyśleń
Schlözera,
kłamliwości Zeissberga, aż do
gadulstwa Małeckiego...
Zresztą nie trzeba zbyt tragicznie brać zarzutu
kłamliwości, czynionego pisarzom wieków średnich. Była to ogólna wada wszystkich
historykow-kronikarzy owych czesów. Nic dziwnego, nie traktowali oni historyi jako
nauki, której celem jest ponanie
prawdy. U nich dziejopisarstwo było raczej
środkiem dla
rożnych celów, a
cele te uświęcały środki. Wszak to samo
spotrzegamy u
Długosza. Wszak i
on, aczkolwiek wysoki dostojnik kościelny, w historyi swojej okropnie „zmyśla,“ jak
na każdym kroku stwierdzać musi komentator jego najnowszy,
Semkowicz,
podczas kiedy nieco grzeczniejsi krytycy zarzucają mu tylko, że „amplifikuje.“ Tak
tedy świadectwo
Kadłubka nie ma
żadnego znaczenia, na niczem się opierając nie można obalić powyższej konkluzyi
logicznej mianowicie, że całe męczeństwo św.
Stanisława w
obronie kościoła jest
zmyślonem. Wprawdzie znajdujemy tę
bajkę zapisaną pod r. 1079 także w rocznikach kapituły krakowskiej: ale ustęp ten
cały jednozgodnie dzisiaj uznany został za wtręt późniejszy, pochodzący również
od
Kadłubka. (
Zeissberg).
(D. n).
25.8.1900
Widzimy, że piętrzące się coraz wyżzej zarzuty przeciw
hipotezie o
Balduinie, zbudowane
na świątobliwości biskupa
Stanisława i
wiarogodnośei
Kadłubka, upadają
zupełnie, a hipoteza o
Balduinie 405
z tej strony obaloną być nie może. Tłomaczy ona w bardzo
prosty, przytem uzasadniony i niezbity sposób nietylko wyrażenie kroniki „traditor,“
ale cały epizod historyczny zabójstwa św.
Stanisława, z
racyi którego panowanie Bolesława
Śmiałego tworzyło dotąd „jedną z największych zagadek w całej historyi
polskiej“ (
Bobrzyński ),
Zresztą wobec każdej „zagadki“ historycznej każda hipoteza tak długo jest
uprawnioną, dopóki „zagadki“ tej za pomocą innej hipotezy nie można
lepiej wytłomaczyć i tak samo, jak wobec każdego zjawiska
przyrodniczego, każda tłomacząca je hipoteza tak długo jest uprawnioną, dopóki
zjawisko to za pomocą innej hipotezy nie da się
lepiej
wytłomaczyć.
Otóż dopóki historycy autora pierwszej kroniki uważają za
„anonima,“ dopóki wyrażenia jego o św.
Stanisławie, że
był „traditor,“ wytłomaczyć sobie
nie mogą, dopóki panowanie
Bolesława
Śmiałego uchodzi za „jedną z największych zagadek,“
usuniętą
być nie może hipoteza o
Balduinie, która na
razie wystarcza zupełnie do wyjaśnienia tych tajemnic i zagadek.
Ale chociażby hipoteza ta nie mogła dotąd być obaloną przez
wykazanie, że konkluzye jej są fałszywe, że zastosowanie jej do epizodu
Stanisław-
Bolesław
jest niemożliwe: to jednak mogłaby być zniszczona, że tak powiem, przez atak
frontowy, tj. przez wykazanie, że biskup Balduin
Gallus nie mógł być
autorem tej kroniki albo, że podstawy tej hipotezy są chwiejne albo, że zupełnie nie
istnieją. Takiego frontowego ataku na hipotezy Balduinie podjął się Stan.
Kętrzyński w rozprawie „Gall Anonim“
[4]
). Zarzuca on tej hipotezie, „iż główną osią jest tu nazwa Gallus,
znalazłszy ją przy biskupie
Balduinie powiązał
Maks
Gumplowicz, nim
dość późną o naszym Gallu tradycyę i uznał go za autora
naszej kroniki.“ Ale zarzut tu polega na
pomyłce szan.
krytyka. „Gallus“ nie jest „nazwą“ ani w jednym ani w drugim wypadku, jak to
słusznie zauważył prof. A.
Brückner, ani
przy
Balduinie ani przy kronikarzu. W jednym i drugim wypadku „Gallus“ oznacza
narodowość, dotyczy więc pochodzenia autora. „Kombinacye zatem
Gumplowicza,
pisze prof.
Brückner, nie
mogą być obalone argumentem (
Kętrzyńskiego ),
że określenie kronikarza, jako „Gallusa“ później dopiero się rodzi.
[5]
).
Mniej jeszcze niebezpieczne są zarzuty
kwartalnik historyczny,
1896.Krotoskiego ). Maksym. G. powiada, że
Gallus był mnichem w
dyecezyi kujawskiej, bo księgę II kroniki poświęca wyłącznie biskupowi Pawłowi,
którego nazywa „biskupem polskim.“ Argument ten ma służyć tylko za dowód, że autor
kroniki należał do
dyecezyi kujawskiej, był bowiem zwyczaj,
że duchowni dzieła swe poświęcali biskupom swojej dyecezyi. Tak np. biskup Bruno
Segniński (1049—1128) poświęca dzieło swoje
Psalterium
Gallicanumśw. Bruno z Segni (ok. 1047-1123), biskup
Segni, kanonizowany w 1181 roku. Chodzi tutaj najprawdopodobniej o
komentarze do Księgi Psalmów. – przyp. J.S. Ingowi, biskupowi z
Arti, ponieważ do jego dyecezyi należy
[7]
). Poświęcenie zatem 11 księgi kroniki Pawłowi, biskupowi „polskiemu“
jest dowodem, że autor kroniki należał do dyecezyi „polskiej.“ Czy przez „episcopus
poloniensis“ w tym wypadku należy rozumieć biskupa kruszwickiego, (Kętrzyński
Wojciech
[8]
) i
w
objaśnieniach do liber fraternitatis w mon. pol. hist. v str. 575.Papée ), czy
też poznańskiego (Abraham
[10]
), a za nim
Krotoski, to nie
tyczy się wcale hipotezy, że Balduin
Gallus był autorem
kroniki, lecz tylko kwestyi podrzędnej, czy ów „Balduin Gallus, który 1114 mianowany
został biskupem kruszwickim, kronikę swoją pisał w Kruszwicy, czy w Poznaniu? Istotę
hipotezy tej tworzy zdanie, że autor kroniki „Gallusa," który r.
1113 kronikę swą napisał ku chwale
Krzywoustego z
tendencyą wyraźną otrzymania od króla nagrody (biskupstwa jakiegoś jak się
domyśla
Smolka ), jest tym
Balduinem
Gallusem, który w
następnym roku, tj.
1114 przez
Krzywoustego zamianowany został biskupem kruszwickim. To jest jądro hipotezy
Maksymiliana G. Wszystko inne jest dodatkiem podrzędnym.
Zatem strzał
Krotoskiego był
zupełnie chybiony.
Kętrzyński przynajmniej wymierzył na „oś“ hipotezy:
Krotoski gdzieś tam
na uboczu dał strzał; zdaje mu się, że trafił, a tymczasem... spudłował...
Między tymi dwoma krytykami hipotezy o
Balduinie jeszcze druga zachodzi różnica.
Kętrzyński (Stan.), nie przekonany argumentacyą M.
Gumplowicza,
powiada: ignorabimus i proponuje nieznanego kronikarza nadal nazywać „anonimem.“
Krotoski, tryumfując z obalenia hipotezy o
Balduinie, na jej
miejsce stawia sam nową: powiada, że kronikarz
Gall był
„scholastykiem poznańskim“
[11]
). Zdanie swoje stara się
Krotoski uzasadnić kilkoma cytatami z kroniki, które na nim robią takie
wrażenie, jakoby jo pisał jaki „bakałarz.“
Porównanie tych dwóch hipotez: o
Balduinie i o
Scholastyku poznańskim przyczyni się do wyjaśnienia teoryi o hipotezach w
dziejopisarstwie.
Hipoteza o
Baiduinie wskazuje na
pewną osobistość historyczną, współczesną, na
odpowiedniem stanowisku znajdującą się, na biskupa kruszwickiego, Balduina
Gallusa, o którym wspominają katalogi biskupów,
Długosz,
Paprocki i inni.
Hipoteza
Krotoskiego powiada, że autorem kroniki musiał być
jakiś scholastyk poznański, ale nie wskazuje takiego ani z
imienia, ani też źródłowo, tj. nie wskazuje nam nigdzie osobistości
historycznej w źródłach poświadczonej, a zatem tylko na miejsce X. kapelana
nadwornego stawia X. scholastyka poznańskiego. Takich X-ów można bez końca postawić,
ale takie hipotezy nic nie wyjaśniają, to właśnie o to chodzi, żeby na miejsce X.
postawić osobistość historyczną,
źródłowo dowiedzioną.
Hipoteza więc o scholastyku nie ma żadnej doniosłości, nic nam nie wyjaśnia, a zatem
celu żadnego nie osiąga i dlatego nie odpowiada
warunkom hipotezy naukowej.
Nie dziw więc, że hipoteza
Krotoskiego: „Gall
był nauczycielem“ i napisał kronikę swoją „jako podręcznik dla szkół,“ nie znalazła
echa w świecie naukowym. Ha! gdyby
Krotoski był
wskazał jakąś historyczną osobę scholastyka poznańskiego, gdyby był wskazał „szkoły
polskie“ w których „podręcznika“ tego używano, hipoteza jego miałaby jakieś
podstawy. Aczkolwiek i wtedy hipoteza ta, niewyjaśniająca nam ani jednej zagadki
historycznej, których tyle jest w tej kronice, nie budziłaby zaufania i nie miałaby
żadnej doniosłości.
Tymczasem hipoteza o
Balduinie nietylko,
że wskazuje na osobistość historyczną,
źródłowo stwierdzoną,
która mogłaby tę kronikę napisać, ale zarazem, jakeśmy widzieli, wyjaśnia
niezrozumiałe dotąd miejsce w kronice samej i rzuca światło na jedną z „największych
zagadek“ ówczesnych dziejów polskich. Jest ona zatem nietylko uprawniona, bo na
datach historycznych oparta, ale nadto posiada wielką
doniosłość
naukową, bo tłomaczy różne fak
406
ty historyczne dotąd ciemne i
niezrozumiałe.
To też nie dziw, że hipoteza o
Balduinie choć się
spotkała z wielu stron z silną opozyoyą, poruszyła jednak mocno umysły i wywołała
cały szereg prac naukowych
[12]
).
Oczywiście, że i ta hipoteza nie musi zawierać w sobie
absolutnej prawdy: być może, że i ona, jak liczne inne hipotezy, ma tylko znaczenie
tymczasowe, dopóki obaloną nie będzie. Dotąd to nie nastąpiło
[13]
). A zdawałoby się, że obalenie jej
nie powinno być trudnem. Opiera się ona bowiem na pewnej liczbie danych
historycznych, sztucznie między sobą skombinowanych – niby rusztowanie podnoszące
się na licznych palach. Gdyby więc przeciwnicy tej hipotezy obalili choóby jedną z
tych podpór, t. j.
danych historycznych albo tylko
wiązanie tych danych z wzniesioną na niej hipotezą: cała
hipoteza runęłaby. Gdyby np. udowodniono, że, biskup
Balduin kruszwicki
był szczególnym wielbicielem biskupa
Stanisława Szezepanowskiego, to hipoteza o autorstwie jego upadłaby, bo
miłośnik św.
Stanisława nie
mógł go nazwać zdrajcą. Albo gdyby ktoś udowodnił, że biskup
Balduin kruszwicki
spiskował lub łączył się z wrogami Bolesława
Krzywoustego:
hipoteza o
Balduinie zostałaby
osłabioną; bo autor kroniki jest gorącym zwolennikiem Bol.
Krzywoustego.
Przytaczamy takie przykłady, aby pokazać
czego by potrzeba dla obalenia hipotezy o Balduinie. Albo gdyby ktoś
wykazał, że konkluzye, które Maks.
Gumplowicz wysnuł ze swojej hipotezy, np. konkluzya o stanowisku
gregoryańskiem biskupa
Balduina jest
fałszywą, bo biskup
Balduin porozumiewał
się z antigregoryańczykami, wtedy równierz byt hipotezy byłby zachwianym.
Ale dopóki w taki sposób hipoteza ta
zwalczoną i zbitą nie będzie, dopóty przedstawia ona jedyny środek wytłomaczenia
rożnych zagadek i tajemnic, które bez niej dotąd wytłomaczonemi być nie mogły.
Zapytajmy w końcu, czy są szanse, aby ta dla panujących u
nas zapatrywań na pierwotne dzieje Polski
żenująca trochę
hipoteza gruntownie zbitą została? W szeregu przeciwników tej hipotezy znajduje się
jeden, który dzięki speeyalnej swojej olbrzymiej erudycyi na polu historyi
kościelnej, a zwłaszcza benedyktyńskiej, mógłby to uczynić. Mówimy o uczonym
benedyktynie brukselskim
Ursmer Berlière,
zasłużonym wydawcy czasopisma
Revue Benedictine. Omawia on
obszernie hipotezę o Balduinie
[14]
) a nie znajdując nigdzie żadnej sprzeczności lub mylnej
daty, którą by autorowi mógł wytknąć, powiada w końcu: „Przyznaję, że autor
obdarzony jest świetną wyobraźnią, imaginacyą i rzadkim talentem kombinacyjnym:
ale, ileż to innych równie prawdopodobnych („plausibles“)
hipotez możnaby postawić, opierając się na
tych samych
danych.“
Tyle tylko Ursmer
Berlière mógł
zarzucić hipotezie o
Balduinie. Trzebaby
jednak uczynić wskazaną w nim
próbę, to jest trzebaby na tych
samych danych, na których spoczywa hipoteza o
Balduinie, zbudować
inną hipotezę, co by może nie było niemożliwem. Wtedy jednak zachodziłaby kwestya,
czy ta nowa hipoteza byłaby równie prawdopodobną i niezachwianą, jak hipoteza o
Balduinie, czyby w równym stopniu okazała się wytrzymałą na wszystkie
zarzuty, czyby w równym stopniu w całej strukturze swojej nie okazywała luk lub
sprzeczności.
Dopiero, gdyby taka
próba została
uczynioną i gdyby rzeczywiście na „tych samych danych“ można i inną zbudować
hipotezę, równie prawdopodobną jak hipoteza o
Balduinie: wtedy ta
ostatnia zarzuconą być musiała.
Dotąd taka próba nie została podjętą.
Ursmere Berlière, który
myśl tę wypowiedział nie dokonał jej. A byłby to może uczynił, gdyby
mógł: bo nie bardzo zdaje się być zachwyconym słynny ojciec
benedyktyn, że autor kroniki trochę tendencyjnej miał być benedyktynem. Choć sądzę,
że co do tego ostatniego punktu niesłusznie czcigodny krytyk zachowuje się odpornie:
bo kronika
Galla w żadnym i
razie zakonowi benedyktynów ujmy czynić nie może. Jakkolwiek nie jest ona bez
tendencyj (któreż dzieło historyczne nie jest bez tendencyj?), to jednak kronika ta
jest klejnotem historyografii polskiej, którego blask zaciemnia może aż do
Długosza wszystkie dzieła nasze historyczne, a z
Długoszem o palmę
prawdomówność: zwycięzko walczy
[15]
1).