In case of further interest in archive documents please contact gerald.mozetic@uni-graz.at or reinhard.mueller@uni-graz.at
[home]
Socjologiczne Pojmowanie Historji, in: Przegląd Filozoficzny, 1898/1899, Jg. II, H. 2, s. 1-18.
Socjologiczne pojmowanie historji
Ludwik Gumplowicz
1
Wre walka między uczonemi w Niemczech o „materjalistyczne pojmowanie dziejów.“ Zarzucano Marxowi, że ton jego pomysł jest zbyt jednostronny; miał on bowiem przez to rozumieć pojmowanie dziejów wyłącznie tylko ze stanowiska ekonomicznego; miał on, jak mu to przeciwnicy zarzucali, nie przypuszczać żadnych innych sił, wprawiających w ruch dzieje ludzkie, jak tylko potrzeby ekonomiczne. Zarzuty te nic były snadź słuszne. Obronił Marxa skutecznie przyjaciel jego Engels, który wykazał, że „materjalistyczne pojmowanie dziejów“ nie jest wyłącznie „ekonomicznym.” Bo na wpływy „materjalistyczne” składają się różne czynniki, nie tylko czynnik ekonomiczny; należą tutaj także czynniki gieograficzne, etniczne, ba, nawet, ideologiczne, o tyle, że i wpływ pewnych idei na przebieg dziejów zaprzeczyć się nie da.
Mniejsza zresztą o to, jak Marx tę rzecz pojmował, czy cieśniej, czy szerzej; fakt jest, że zwolennicy „materjalistycznego pojmowania dziejów” w ostatnich czasach rozwinęli teorję swoją o tyle, że dalecy od przypisywania rozwoju dziejowego wyłącznie czynnikom ekonomicznym, przyznają i innym różnym czyunikom, nawet ideom (wiara, narodowość i t. p.) odpowiedni wpływ na kształtowanie się dziejów.
Ale ten uajnowszy, znacznie wydoskonalony sposób pojmowania dziejów pomija jednak najważniejszą siłę działającą, najpotężniejszy czynnik, wprawiający w ruch zawsze i wszędzie proces dziejowy: tym czynnikiem jest antagonizm socjalny.
Bo rozważmy tylko. Czy to głód pędzi liulność jakąś do zdobywania sobie środków zaspokojenia go: czy to idea jakaś religijna czy
2
narodowa porusza masy narodu i zapala do przedsięwzięć politycznych: w każdym razie i zawsze przedsięwzięcia te, te akcje polityczne skierowane są przeciw innym rzeszom, czy ludom czy narodom.
Jeżeli chłopi w Niemczech podnieśli bunty, to historycy mogą spierać, się o przyczyny tychże: czy to głód byt, czy ucisk polityczny, czy też, jak w okolicach alpejskich, zamieszkałych przez ludność słowiańską, gdzie „stary zakon” był hasłem powstańców, idea narodowa czy szczepowa były przyczynami tego faktu historycznego. Ale nad jedna, rzeczą, sporu być nie może, to jest: że chłopi powstali przeciwko szlachcie niemieckiej. I tak samo ma się rzecz we wszystkich bez wyjątku zdarzeniach dziejowych. Czy rewolucja francuska wybuchła wskutek teorji encyklopedystów, wskutek pism podburzających Russa czy Woltera, jak to dawniej twierdzono; czy była skutkiem nędzy i głodu ludu, jak to udowadnia Hipolit Taine: nad tym mogą się między historykami toczyć spory bez końca.
Ale to jest rzecz pewna, że masy ludu, że „stan trzeci” rzucił się na księży i na szlachtę, t. j. na stany wyższe.
Widzimy więc, że jakiekolwiek mogą być różnice zapatrywań na siły działające w dziejach, nie może być zakwestjonowany fakt, że dzieje są walką jednych grup społecznych przeciwko drugim.
Tak się zapatrując na dzieje, zdobywamy punkt widzenia, który nie jest ani materjalistyczny. ani idealistyczny, ale poprostu socjologiczny.
Jest to pojmowanie dziejów jako walki różnych grup społecznych. Metoda, zaś indukcyjna, wychodząca z faktów konkretnych, może jedynie z tego stanowiska być zastosowaną do dziejów.
Bo pierwszym faktem, dającym się stwierdzić w każdym zdarzeniu dziejowym, jest walka jednych przeciw drugim. Powody tych walk to kwestja drugorzędna; te powody mogą być rozmaite. Oczywista, że nauka musi się starać powody te poznać i ile się da, rozmaitość ich sprowadzić do wspólnego mianownika. Ale w każdym razie to jest rzecz jasna, że pojmowanie socjologiczne dzisjów jest wyższym i ma większy widnokrąg, niż pojmowanie „materjalistyczne”, choćby najbardziej rozwinięte. Bo pojmowanie socjologiczne obejmuje w sobie wszystkie punkta widzenia i pojmowania dotychczasowe; nie wyklucza żadnego z nich. Wychodzi jednak z punktu widzenia ogólniejszego, zajmuje stanowisko ponad wszystkie dotychczasowe wznioślejsze i otwiera widnokręgi najszersze.
Wychodząc bowiem z faktu konkretnego i niewątpliwego walki różnorodnych, albo powiedzmy tylko, różnych żywioiów społecznych,
3
starać się będzie następnie o wnikanie w powody tych walk i dążyć musi do sformułowania najwyższego prawa, rządzącego wszystkimi temi walkami, t. j. do ujęcia w jedną formułę tego wszystkiego, co walki te mają wspólnego, tak w przyczynach, jako też w przebiegu. Ta formuła wtedy tylko będzie wyczerpującą, a zatym doskonalą, jeżeli znajdą w niej wyraz wszystkie te sprężyny dziejów, które dotychczasowe materjalistyczne pojmowanie historji wykryło po kolei jako czynniki dziejów.
Zanim jednak się oglądniemy za taką formułą, zapytajmy się najprzód, czy to jest prawda, że niema dziejów bez antagonizmu różnorodnych żywiołów etnicznych czy społecznych?
Moim zdaniem jest to prawda niezachwiana. Od ćwierć wieku prawie powtarzałem twierdzenie to w różnych książkach i rozprawach. Spotkały mię różne ostre krytyki. Nazwano mię nihilistą, pesymistą i Bóg wie czym jeszcze. Ale nikt jeszcze nie przywiódł mi faktu, że tam lub owdzie nastąpiła generatio aequivoca dziejów, że tam lub gdzieindziej wytrysł strumień dziejów z jednolitego źródła. Natomiast, rozpatrując się coraz dalej i szerzej po dziedzinach historji, coraz większą mogłem zebrać liczbę faktów, dowodzących, że nie było nigdy i nigdzie państwa, nie było nigdzie żadnej akcji historycznej, żadnego rozwoju politycznego i społecznego bez wzajemnego przeciwdziałania co najmniej dwóch różnorodnych żywiołów etnicznych lub społecznych. Zjawisko to tak dalece jest ogólnym, tak się wiecznie powtarza od pierwszego dziejów zarania we wszystkich częściach świata, że śmiało możemy je uważać za wyraz powszechnego prawa, rządzącego dziejami ludzkości.
Ozy dzisiejsi uczeni uznają ten fakt i takie prawo powszechne socjologiczne? Są przeciwnicy i zwolennicy. Pierwszych, co prawda, jest wiecej, ale milczą. Są to np. w Niemczech prawie wszyscy profesorowie nauki politycznej. Zwolenników, uznających ten fakt socjologiczny, w Niemczech jest mało, ale są to grube ryby. Pomijam Gustawa Ratzenhofera, znakomitego socjologa; boby mi można odpowiedzieć, że ten otwarcie wyznaje, iż w tym punkcie ze mną się zgadza. [1] Ale trudno sobie pomyśleć większą powagę na tym polu etnograficzno-socjologicznym, jak Fryderyka Ratzela, słynnego gieografa, który „lądami wędrował, morzami żeglował.” Ratzel zna prawie wszystkie części świata z własnych spostrzeżeń: w dalekich po
4
dróżach poznał on niezliczone ludy wszystkich lądów i krajów. Bystrym okiem etnografa w nikal on wukład i społeczną strukturę wszystkich narodów, a naj dojrzalszy owoc swych badań i odkryć złożył w słynnym dziele „Antropogieografja,” a świeżo w dziele „Politische Geographie”. Otóż posłuchajmy świadectwa Ratzela: „.Jak daleko sięga znajomość nasza państw ludów pierwotnych (Naturvölker), rozwój ich nigdy nie nastąpił bez wpływów obcych żywiołów... Gdziekolwiek na wyspach Oceanu Spokojnego napotykamy większe państwa, są one dziełem obcych, tak jak np. założyciel państwa Fidżi, Maafe, był Tongończykiem... Przeciwieństwo panujących i opanowanych na wszystkich tych wyspach jest dowodem, że państwa te powstały przez podbój...” (str. 216)
„Wprawdzie trudno jest z mytologji staroamerykańskich ludów wyłnszczyć prawdę historyczną, ale to kwestji nie podlega, że u nich obcy figurują zawsze jako założyciele państw... Grecy, którzy tak dumni byli ze swego tubyłstwa, niemniej wszędzie obcym przypisują rolę założycieli państw greckich.” (217)
„Ta konieczność obcych żywiołów, jako warunku powstawania państw, rzuca światło na niezbędność mieszania się ludów. Polityczny rozwój ludzkości działał więc pośredniczące na różnice ras i ludów... (218)
„Nie można pojąć historji żadnego narodu, choćby nawet na pozór jednolitego, nie obejmując okiem pochodzenia i przybycia obcego ludu, który do niego przystąpił i wpływy swoje nań wywierał...” (218)
Ograniczam się na tych kilku cytatach. Znajdzie się ich w dziele Ratzela daleko więcej jeszcze. Nie przypuszcza on możliwości powstania jakiegokolwiek państwa, a następnie narodu, bez zlania się przynajmniej dwóch obcych sobie żywiołów etnicznych bądź to drogą najazdu, bądz drogą kolonizacji, która jednak nigdy bez użycia przemocy i gwałtu odbyć się nie może. [2]
Stwierdziwszy fakt, że niema państw, a zatym i niema dziejów bez antagonizmu różnorodnych żywiołów, tak jak niema procesu chemiczne
5
go bez zetknięcia się różnorodnych płynów czy gazów: zastanówmy się teraz, jaka to siła pcha, te różnorodne żywioły etniczne do walki? Miałżeby to być głód? Nie koniecznie! Bo widzimy często, prawie codziennie, jak grnpy społeczne, które mają zapewniony dobrobyt materjalny, prowadzą zacięcie walkę społeczną. Gdyby głód był jedyną sprężyną walki społecznej, toby n p. magnaci galicyjscy siedzieli spokojnie na swoich zamkach i nie potrzebowaliby całej organizacji partyjnej stańczykowskiej, wysileń agitacyjnych, zabiegów i intryg politycznych: boć im przecie nie tylko na chlebie nie zbywa, ale nawet na truflach i strasburskich pasztetach i starym węgrzynie. Albo weźmy n p. partję klerykalną, takich, dajmy na to, wojowniczych biskupów, walczących w „obronie kościoła”. Tych głód nie pędzi – a walczą namiętnie. Czy to więc może jest żądza pieniędzy? I to nie koniecznie. Prawda, że wielu polityków robi majątki na polityce, ale wielu także poświęca interesa majątkowe walce politycznej.
A więc może ambicja, żądza stawy, żądza panowania, wpływów, zaszczytów?
Wszystkie takie „żądze” mogą w pojedynczych jednostkach odgrywać pewną rolę, ale nie wystarczają do wytłumaczenia ruchów i walk społecznych; bo one nigdy nie powodują masami, a do walk społecznych występują zawsze większe, grupy, masy.
Natomiast jest pewna siła, która zawsze i wszędzie pcha każdego z osobna i grupy całe do walki społecznej.
Nie jest to tylko żądza utrzymania się, ale raczej żądza zaznaczenia istoty swej w świecie zewnętrznym, wybicia się w miarę sil swoich fizycznych i umysłowych, w miarę zdolności swoich.
Tak samo, jak każdy organizm jest zbiornikiem pewnych sił. które dążą do uwydatnienia się na zewnątrz, tak samo każda grupa społeczna jako taka dąży do zamanifestowania się w świecie zewnętrznym nie tylko przez samo wegietowanie, ale do wyrażenia istoty swej całej w życiu. Nadaremnie szukam za wyrazem, któryby oddał pojęcie to w sposób odpowiedni; może mi wolno nazwać dążność tę każdej istoty, a w daleko wyższym stopniu jeszcze każdej grupy społecznej, dążnością zaistotnienia się, t. j. przeprowadzenia istoty swej w czyn.
Ta dążność zaistotnienia się jest słabszą lub silniejszą, w miarę sił fizycznych lub umysłowych, ożywiających daną grupę etniczną lub społeczną. U słabszej uwydatnia się ona jedynie szukaniem pokarmu, zajęciem odpowiedniego siedliska, zabezpieczeniem się od napaści obcych, nareszcie rozpladnianiem się. U silniejszej wystąpi ona na jaw nadto gwałtownemi czynami na zewnątrz, podbijaniem słabszych grup, zdobywaniem sobie coraz większych obszarów ziemi i ujarzmianiem
6
słabszych ludów. Z faktu więc pierwotnej mnogości grup różnorodnych, obdarzonych z natury nierównemi siłami, i z drugiego faktu, że grupy te ożywione są. niepohamowana dążnością zaistotnienia się, wynikają nieuniknione zderzenia się nieprzyjazne grup silniejszych ze słabszemi, wprawiające w ruch dzieje ludzkie. Z owego więc pierwotnego stanu rodu ludzkiego, będącego wynikiem gieograficznej rozmaitości i różności ziemi naszej, a zatym i środowisk naszych, wytryska z koniecznością strumień dziejów, albo raczej wytryskają zewsząd, we wszystkich zamieszkanych częściach kuli ziemskiej, liczne strumienie dziejów, porywające w wiry swoje niezliczone grupy etniczne, ale zawsze i wszędzie według tego samego naturalnego prawa walki, w której grupy silniejsze górę biorą nad słabszemi.
Ten cały dramat dziejowy, czyli raczej te niezliczone dramaty dziejowe, odgrywające się równocześnie na całej kuli ziemskiej od najpierwotniejszych czasów zaludnienia jej, są nieuniknionym następstwem różności i różnorodności krajów i okolic, wyposażających ludności swoje (podobnie jak i swoją różną florę i faunę) w różnorodne usposobienia i przymioty, które znowu rozmaicie wpływają na sposób i formę zaistotnienia się tych hord czy trzód ludzkich; a te sposoby i formy, będąc różne w miarę różności sił fizycznych i moralnych tych grup, wytwarzają te ustroje społeczne, w których, zawsze i wszędzie przez walki, silniejsze (choć nie liczniejsze) grupy górują, czyli panują nad słabszemi. Jest więc ten proces dziejowy zapoczęty, inicjowany przez samą naturę skorupy ziemnej, wpływającej zapomocą różnej flory i fauny na różność istoty różnych trzód i hord ludzkich, a zatym w dalszym następstwie na rozmaity sposób zaistotnienia się tychże, a przez to nareszcie na te układy czy ustroje społeczne, wytwarzające się wskutek nierówności sił tych różnych grup.
Tak więc w dziejach ludzkości mamy przed sobą proces naturalny, puszczony w ruch przez naturę samą i podtrzymywany wiecznie przez naturalne usposobienia grup ludzkich, dążących bezustannie, jako perpetua mobilia, do zaistotnienia się w świecie zewnętrznym.
Ale też jasna rzecz jest, że bez antagonizmu, baz zderzenia się i walki różnorodnych żywiołów etnicznych nigdy i nigdzie nie byłoby dziejów ludzkich, nie byłoby historji.
Zadaniem zaś dziejopisarstwa nie może być nic innego, jak przedstawienie tego procesu naturalnego, prowadzącego do ustrojów państwowych, nie będących niczym innym, jak urządzeniami, dążącemi do zrównoważenia nierówności, t. j. do takiego układu społecznego, w którym różne co do sit grupy ludzkie w miarę sił swych znajdują możność zaistotnienia się i dostatecznego wyżycia.
7
Oczywista, że tu zupełna równowaga nigdy nie bywa osiągniętą; bo w naturze panuje ruch wieczny, bo życie jest ruchem, a zatym także w ustroju państwowym stan sił pojedynczych grup wiecznie sic waży i chwieje, w miarę zaś tego wahania i fluktuacji tej ciągła dążność do zaistotnienia się wywołuje wiecznie wzajemne starcia, kolizje i walki, które ciągle podtrzymują proces „dziejów politycznych”, nie będących niczym innym, jak wszechstronnemi usiłowaniami zastosowania układu społecznego do ważących się wiecznie sił pojedynczych grup społecznych.
* * *
Powstaje pytanie, czy takie pojmowanie dziejów, jako procesu wiecznego ścierania, się grup społecznych, wiecznej walki o panowanie, o wpływ i znaczenie, wystarcza do wyjaśnienia nam wszystkich zjawisk politycznych, całego ustroju państwa i całego porządku prawnego, rozwijającego się w obrębie każdego państwa?
Moim zdaniem najzupełniej.
Jedynie takie socjologiczne pojmowanie dziejów podaje nam klucz, rozwiązujący na wszystkie strony wszystkie problemata prawne i polityczne; wyjaśnia i tłumaczy po kolei wszelkie instytucje prawno-polityczne, które w inny sposób tylko bardzo niedostatecznie mogą być wytłumaczone. Instytucje prawne własności ziemskiej, rodziny ojcowskiej, dziedziczności majątku, ba, nawet prawa dłużnego w bardzo prosty sposób dają się wytłumaczyć z dążności do zaistotnienia się klas panujących. [3]
Tym łatwiej oczywiście z dążności tej tłumaczą się wszelkie instytucje prawa publicznego, jak parlamenty, wykonywanie władzy prawodawczej, administracyjnej i t. p.
Oczywista, że wszelkie zmiany i reformy tych instytucji, cały ich rozwój tłumaczą się znowu dążnościami zaistotnienia się klas opanowanych, i to po kolei jednej za drugą, w miarę nabywania przez nie sił ekonomicznych, intelektualnych, a zatym silniejszego oddziaływania na ucisk, wywierany na nie przez klasy wyższe.
8
Słowem, zasada socjologiczna wszechstronnej dążności żywiołów społecznych do zaistotnienia się jest kłączem, odmykającym na wszystkie strony pozamykane furtki zjawisk politycznych i zagadek dziejowych.
* * *
Nie mogę tutaj udowodnię zdania tego in extenso; musiałbym po kolei zastosować socjologiczną metodę wyjaśnienia do wszystkich instytucji prawa prywatnego i publicznego. Ale wystarczy może dla przykładu wyjaśnienie zapomocą tej metody najważniejszego pojęcia wszelkiej nauki prawa w ogóle, jakim jest: pojęcie prawa samo. Czym jest prawo? Czy znajdujemy zadawalniające określenie tego pojęcia w całej od wieków datującej nieprzejrzanej literaturze prawoznawczej narodów europejskich? Bynajmniej! Proszę wziąć do ręki który bądź wykład nauki prawa: proszę przejrzeć wielotomowe systemata czy krótsze, kompendja romanistów czy giermanistów. To pierwsze zasadnicze pojęcie prawa nie doczekało się do dziś dnia zadawalniającej istotę rzeczy ściśle określającej definicji. Na tysiące liczymy wielkich nauczycieli prawa: ale żaden nie powiada nam jasno, co to jest prawo? Najzwyklejszy i powszechny wykrętas, który ma zastąpić definicję prawa, brzmi: Prawo jest dwojakie objektywne i subjektywne. Objektywne jest przepisem prawodawcy, obowiązującym w danym państwie; subjektywne jest zasadzającą się na przepisie prawnym wolnością lub moż nością działania, przyznaną jednostce. Tak mniej więcej opiewają wszystkie, we wstępach systemów teoretycznych podawane definicje prawa. Ale w istocie rzeczy to nic są definicje, lecz tylko zręczne obchodzenia i omijania definicji. Bo jeżeli up. zapytamy się: co to jest pies? to oczywiście nie zadowolni nas odpowiedź, że psy bywają różne: pudle, mopsy, wyżły i t. p. To nie jest definicja, psa! Ale na pytanie: czym jest prawo, musimy się zadowolnić takim wykrętasem.
Tymczasem, stosując do tego pojęcia naszą zasadę socjologiczną, możemy trafić w sedno rzeczy i podać dostateczną definicję prawa. Widząc bowiem, że wszelkie prawo jest zawsze rezultatem walki społecznej o mniejszy lub większy zakres działania to jednej to drugiej grupy społecznej: przychodzimy do poznania właściwej istoty prawa, jako ustalonego odgraniczenia sfery działania jednej grupy społecznej od drugiej. Jeżeli np. jedynie szlachcie wolno było nabywać dobra ziemskie, mieszczanom zaś tego nie wolim było: to prawo odnośne było ustaleniem gra nicy między sferą wolnego działania szlachty a mieszczaństwa. Dopóki
9
np. w Austrji zmowy robotników byty karane kryminałem, to prawo te odgraniczało sferę wolnego działania robotników od ich chlebodawców. Bo ci mieli prawo żądać, aby zmawiających się robotników karać kryminałem. Dzisiaj w Austrji to dawne prawo zniesionym zostało, a zmowy i koalicje są dozwolone. To nowe prawo więc przesunęło dawną granicę na korzyść robotników, a na niekorzyść chlebodawców. Bo ci nie mogą dzisiaj w Austrji zabronić robotnikom zmów ani różnych koalicji.
W każdym razie zaś prawo jest tą granicą, wytkniętą pomiędzy sferą wolnego działania jednej a drugiej grupy społecznej.
* * *
Tak samo jak do wyjaśnienia istoty prawa, tak samo do wytłumaczenia istoty dziejów jedynie punkt widzenia socjologiczny jest przydatny. Bo podobnie jak prawo jest zjawiskiem socjalnym, t. j. takim, które powstaje jedynie tylko za współdziałaniem (czyli raczej za przeciwdziałaniem!) co najmniej dwóch grup społecznych: w wyższym stopniu jeszcze każden wypadek dziejowy i cały rozwój dziejów są zjawiskami społecznemi, t. j. takiemi, które wywoływane bywają nie przez osobniki (jak to się często zdaje), ale przez współ–względnie przeciwdziałania grup społecznych.
Dlatego też wszelki fakt historyczny w ten sposób tylko może być dostatecznie wyjaśniony, jeżeli się prawdziwą gienezę jego wykazuje, t. j. wyniknięcie jego ze współdziałania czyli starcia się najmniej dwóch żywiołów społecznych. Jasna rzecz tedy, że ulubiona od wieków metoda heroistyczna dziejopisarstwa temu wymogowi nauki zadość nie czyni i dlatego też w szczegółach i w całości jest nienaukowa, jest bajarstwem a nie dziejopisarstwem naukowym.
Bo jeżeli historyk, jak to zacząwszy od wieków średnich ogólnie bywało i bywa, zabiera się do pisania historji z tym zamiarem, aby wykazać, jakich n. p. jego specjalna ojczyzna miała walecznych i mądrych panujących, to oczywista, że już zgóry stara się wszystkie dzieje przedstawić jako osobiste zasługi tych P. T. panujących, najczęściej w nadziei, że ta praca jego nie będzie „bezowocna”.
Być także może, że historyk w dobrej wierze te „wielkie czyny i cnoty” panujących przedstawia, aby przez to wzbudzić i ożywić jakieś uczucia, bądź to miłości ojczyzny, bądź, jak to w Niemczech powia
10
dają, „uczucie monarchiczne”. Być nawet może (ja to między bajki włożę), że historycy ci cel swój osiągają: w takim razie zasługują sobie co najwięcej na jakiś order lub krzyżyk od strony interesowanej, ale nauce nie oddali żadnej usługi.
Bo ludzie myślący wiedzą dziś bardzo dobrze, że dzieje nie są działaniem osobników, nawet najwyżej postawionych, i tylko są wynikiem walk społecznych różnych grup, walczących o wpływ, znaczenie władzę i t. p. Jeżeli się zaś rzecz tak ma, zadaniem dziejopisarstwa naukowego nie może być nadużywanie opowiadania dziejów w celach p inegiryczaych, lub nawet patriotycznych, ale tylko wyjaśnienie gienezy i rozwoju wypadków historycznych, jako zjawisk socjalnych.
Schemat zatym ulubiony historyków, który brzmi n p. tak: Amenophis był bardzo mądry człowiek i waleczny, pobił Asyryjczyków (notabene tak pisze Egipcjanin, bo Asyryjczyk pisze przeciwnie, że jego Gyrus był waleczny i pobił Amenophisa); kochał on także swój naród i kazał kopać kanały wzdłuż Nilu i t. d, i t. d.
To jest wieczny schemat dziejopisarstwa heroistycznego. Że wieczne wypełnianie takich schematów jest farsą, to jasna rzecz. Bo wrogów nie bije monarcha, ani nawet inicjatywa budowania kanałów nie jest nigdy osobistą. Wiemy dziś dobrze, że potrzeba takich dzieł publicznych musi najprzód się dać uczuć ogółowi; że muszą być tacy (nie jeden, lecz wielu), którzy nad planami takich dzieł myślą; myśli takie muszą się rozwijać i przez potrzebę ogólną być forytowane i t. d. i t. d. Takie dzieła są to zjawiska socjalne, wynikające z potrzeb ogólnych za poparciem grup społecznych interesowanych, a pewnie nigdy bez walki z grupami, mającemi przeciwny interes. Może sobie, dajmy na to, jakiś historjograf nadworny berliński pozwolić na .penegiryk, sławiący Wilhelma II, jako twórcę kanału, łączącego Bałtyk z morzem północnym; ale my wiemy, że kanał ten jest dziełem od wieków zamierzonym, wynikiem licznych prób i usiłowań, owocem poszukiwań, rozmyślań, doświadczeń, zawodów i powodzeń licznych gieneracji, że odpowiada potrzebom licznych grup społecznych, które walczyć musiały z obojętnością i niechęcią licznych innych grup, którym na tym dziele nie zależało albo którym dzieło to w prost było nie na rękę i t. d.
Dziejopisarstwo więc naukowe nie zadowolili się formułką panegiryczną „ten zrobił, chwała, jemu”, ale wykaże nam prądy społeczne, waiczące o przeprowadzenie tego dzieła, i czynniki ekonomiczne, które wywołały te prądy. To będzie przedstawienie tego faktu ze stanowiska socjologicznego, z którego pojmując dzieje, jedynie można dojść do naukowego ich wyjaśnienia.
* * *
Oczywiście z powyższego nie wynika, jakoby o osobnikach w historji mowy być nie miało. Odgrywają one pewną rolę w dziejach, ale tylko jako przywódcy, w których się ogniskują dążności odnośnych ich grup. W miarę tego, czy osobnik taki jest wyrazem swego środowiska, reprezentantem silniejszej czy słabszej grupy, działalność jego jest mniej lub więcej skuteczną. Wielkość zaś jednostki na tym polega, czy potrafi odgadnąć uczucia, myśli i dążności silnych grup społecznych i stać się ich wykonawcą. Potrafili to tacy mężowe, jak Cavour i Bismarck, i dlatego im się powiodło. Oczywista, że ludzkie zera tego nie potrafią, lecz tylko ludzie wielkiego rozumu. Ale działanie takich ludzi dziejopisarstwo naukowe wyjaśnia zapomocą ich grup i środowisk, nie zaś przeciwnie, jak to czyni dziejopisarstwo heroistyczne, które zawsze swoim „bohaterom“ przypisuje cudotwórstwo, porywające za sobą naród, wiodące naród na nowe tory i t. p.
* * *
Że taki indywidualizm heroistyczny w nauce nie ma uprawnienia, tego dowodem i ta okoliczność, że można bardzo dobrze kreślić rozwoje społeczne, np. rozwój państwa, w sposób najzupełniej nieosobisty t. j. opuszczając zupełnie osoby działające, a jednak tłumacząc i wyjaśniając najdostateczniej, dlaczego dane państwo taki a nie inny przebyło rozwój. Słowem, można rozwój dziejowy danego państwa przedstawić naukowo, wykazując najdostateczniej czynniki tego rozwoju, nie wspominając wcale o przypadkowych aktorach, którzy w tym rozwoju brali udział.
Bo można rozwój danego państwa najdostateczniej wytłumaczyć i wyjaśnić z warunków gieograficznycli i ekonomicznych, nie wciągając wcale w rachubę ani panujących, ani ich ministrów albo jenerałów. Przedstawienie takie przez pominięcie osobników wcale nie utraci na naukowości. Możemy to obserwować we wspomnianym wyżej najnowszym dziele Fryderyka Ratzela: „Gieografija polityczna.” Formułuje on tam zasady i prawidła rozwoju państw w miarę danych warunków gieograficznycli i etnograficznych, pomijając zupełnie działa
12
nie jednostek. Widzimy z przedstawień jego, jak państwa rozwijają się teryfcorjalnie, jak jedne dążą do zajęcia brzegów morskich, drugie za biegiem rzek spławnych; jak pasma gór wstrzymują rozwój terytorialny państw, lub jak państwa wyspiarskie skazane są na rozrost zamorski i t. d. Kreśli on nam dzieje polityczne, pomijając zupełnie królowi ministrów, choć daleko głębiej i bardziej naukowo tłumaczy i wyjaśnia nam zjawiska polityczne, niż gdyby nam opowiadał, że, dajmy na to, jakiś Amenophis był chciwy sławy i dlatego przepłynął morze i założył gdzieś kolonję. Takie indywidualistyczno-heroistyczne przedstawienie dziejów niczego nie tłumaczy; bo dla rozwoju dziejowego zupełnie jest obojętną rzeczą, czy Amenophis jest mądry czy głupi, czy ambitny czy gnuśny; decydującemi w rozwoju dziejowym są warunki nie indywidualne, które odgrywają najpodrzędniejszą rolę, ale tylko warunki ogólne położenia gieograficznego, stosunków ekonomicznych, a przedewszystkhn stosunków socjalnych, t. j. zachowanie się. względem siebie grup społecznych w danym państwie
To zachowanie się, a więc te wzajemne na siebie oddziaływania danych grup społecznych, obok warunków gieograficznycli i ekonomicznych, są kluczem do rozwiązania wszelkich zagadnień naukowych na polu historji: z nich jodynie dają. się dostatecznie wyjaśnić i wytłumaczyć losy danego państwa lub społeczeństwa.
* * *
Nie mniejszym złudzeniem, jak wywód dziejów z woli na przodzie stojących jednostek i szukanie źródeł rozwoju społecznego w usposobieniu umysłowym kierujących osobników, jest druga ostateczność, mianowicie metoda tłumaczenia zjawisk dziejowych zapomocą „woli narodu,” wywodzenia toku dziejów z usposobienia „narodu.” „Naród widział, naród chciał, naród się cieszył, naród sic smucił” i t. p. frazesy spotykamy często u historyków demokratycznych, którzy w przeciwieństwie do indywidualizmu heroistycznego wpadają w błąd jakiegoś kolektywizmu narodowego. I to jest fikcja! „Naród” nigdy nie widzi i nie chce, nie cieszy się i nie smuci się: bo „naród”, jako jednolity podmiot akcji historycznych, jest iluzją. Wszelki naród albowiem jest mixtum-compositum: o tym już wiedział i szeroko rozprawiał Arystoteles. Takie mixtum-compositum nie jest nigdy jednolitą osobistością ani też „nadorganiczną osobą,” jak to socjologowie „bijologiczni” wmówić w nas usiłują. Naród jest zawsze wirem prze
13
ciwnych prądów, bo zbiorowiskiem różnorodnych żywiołów społecznych. Co jedni widzą, tego drudzy nie widzą; co jedni czują, tego drudzy nie czują; czego jedni chcą, tego drudzy nie chcą, czym jedni się cieszą, tym drudzy się smucą. Tak zawsze i wszędzie bywało i bywa. Co zatym historycy pisać zwykli o „narodzie”, jego usposobieniu, dążnościach, celach i t. p., to zawsze są mniej więcej poetyczne frazesy, mające taką samą wartość, jak owe ulubione w czambuł charakterystyki „przodków naszych,“ które napotykamy prawie równobrzmiące u historyków niemieckich, słowiańskich i innych, a które zwykle opiewają tak: „Giermanie (albo Słowianie) byli waleczni, gościnni. tylko tę jedną mieli wadę, że czasem się upijali.“
Wszystkie takie ogólniki o „narodzie” lub „ludzie” nie mają najmniejszej naukowej wartości, bo przedewszystkim grzeszą przeciwko prawdzie, a zatym także nie mogą być środkiem żadnego naukowego wyjaśnienia wypadków dziejowych lub też rozwoju społecznego. Ten rozwój zaś społeczny, jak z jednej strony zawsze i wszędzie jest tylko wynikiem walki różnorodnych żywiołów społecznych, tak z drugiej strony jedynie tylko zapomocą wyjaśnienia tych wzajemnych stosunków społecznych zrozumianym być może. Stosunki zaś te uwarunkowane są ostatecznie przez interesa ekonomiczne tych poszczególnych żywiołów, nie zaś przez jakieś ich usposobienie umysłowe, temperamenty lub tym podobne przymioty ich zbiorowe. Interesa bowiem ekonomiczne w pierwszym rzędzie zmuszają każdą grupę społeczną z osobna zajmować w walce o byt pewne stanowisko i dążyć w pewnym kierunku. Czy na stanowisko to i kierunek usposobienia danej grupy według pochodzenia i rasy (o czym wogóle nic nie wiemy), mają jakiś wpływ, to rzecz bardzo wątpliwa. W każdym razie widoczny i namacalny wpływ wywierają tylko interesa ekonomiczne, które jednak najczęściej bywają maskowane i kryją się pod zasłoną najrozmaitszych „wyższych” interesów i „idei.” Zadaniem zaś naukowego dziejopisarstwa jest właśnie wykazać właściwe sprężyny działania, a nie dać się mamić albo, co gorzej, świadome innych mamić temi „wyższemi” interesami i szumnemi „ideami”.
I jeszcze jeden wzgląd, najważniejszy może, przemawia za traktowaniem historji ze stanowiska socjologicznego. Bo tylko z tego stanowiska ją traktując, można wypowiedzieć prawdy, dające się kontrolować, prawdy, że tak powiem, matematyczne, bez których niema wogóle nauki.
Bó dziejopisarstwo heroistyczne stawia twierdzenia, które się nie dają sprawdzić. Jeżeli np. chodzi o to, jakie motywa powodowały Aleksandrem Wielkim, podejmującym wyprawę na państwo perskie
14
to dziejopisarstwo heroistyczne motywów tych szuka w usposobieniu duchowym Aleksandra W. To zawsze są domysły. Bo co się odbywa w duszy bohatera, to nie da się sprawdzić naukowo, to może być polem do pomysłów poetycznych, do pochlebstw panegiryków albo do potwarzy wrogów. Bo jedni powiedzą, że pieśni Homera o czynach Achillesa pobudziły Aleksandra do awanturniczej wyprawy do Azji; przeciwnicy powiadają, że chciwym był złota i skarbów, nagromadzonych na dworze perskim. Kto to sprawdzić może? Kto udowodnić może takie twierdzenia? Takie przedstawienie rzeczy pozostanie więc zawsze dowolnym snuciem pomysłów; to nie jest nauka. Jeżeli zaś powiemy, że biedny a pełen żywotności szczep górski, naturalną ożywiony dążnością zaistotnienia się, nie miał innego pola działania, jak bogate państwa kulturne Azji Mniejszej, że zatym tylko w tamte stronę mógł skierować żądze swe podboju, bo na północ, zachód i wschód otoczony był dzikiemi ludami równie biednemi, jak on sam: to jestto o tyle prawdą, o ile wykazać można, że wszędzie i zawsze szczepy górskie w podobnej sytuacji podobnie działały, że wszędzie i zawsze wojownicze górskie, szczepy najeżdżały najbliższe im siedziby kultury i bogactw, aby nad niemi zapanować.
Czy w jednostce, przewodniczącej takim wyprawom, działa ambicja, czy chęć zysku, czy może uległość względem swego otoczenia, obawa o tron swój. gdyby się sprzeciwiała prądowi swego otoczenia: tego nikt nie przeniknie, o tym zdania mogą być różne. Ale że szczep górski wojowniczy szukać będzie zawsze i wszędzie zdobyczy w danej sytuacji możliwej, że napadnie na to państwo najbliższe, które go nęci skarbami i nie przedstawia zbytnich niebezpieczeństw, to rzecz jasna. Z tych samych powodów w wiekach średnich hordy barbarzyńców napadały na lizym i na Byzancjum; z tych samych powodów Turcy w nowszych czasach wyprawiali się na Wiedeń i t. d. To są prawdy socjologiczne, a nie pomysły heroistyczne. Jaka tam była osobistość tego sułtana, który się wyprawiał na Wiedeń, tego nie wiemy; co w jego duszy za motywa grały, o tym według różnego stanowiska historycy rozmaicie mogą pisać; żaden zdania swego naukowo udowodnić nie może. Ale że wojowniczy szczep Turków podejmował coraz to nowe wyprawy na, Europę. chcąc bogatych giaurów łupić i w jassyr zawlec: to jasna rzecz, to jest prawda socjologiczna.
Trzymając się więc przewodnich myśli socjologicznych, badając normalne oddziaływania wzajemne grup etnicznych, dziejopisarstwo może operować naukowo, to jest bieg rzeczy przedstawiać według prawdy.
15
Idąc za metodą indywidualno-heroistyczną, z natury rzeczy operuje tylko domysłami indywidualno-psychologicznemi i gubi się w pomysłach czy panegirycznych, czy tendencyjnych, nienawistnych, ale zawsze w pomysłach fantastycznych.
To samo powiedzieć trzeba o tych dziejopisarzach, którzy akcje zbiorowe polityczne tłumaczyć chcą za pomocą różnych idei, czy to narodowości, czy religji i t. p. Prawdy takich twierdzeń nigdy udowodnić nie można. Czy w danych masach, poruszanych niby to tą ideą, rzeczywiście ta idea działała; czy masy np. krzyżowników szły do Jerozolimy, aby uwolnić grób św. i ponieważ „Bóg tak chce,” to sprawdzić naukowo trudno. Jeżeli motyw ten działał, to chyba tylko u tłumu sfanatyzowanego. Natomiast jest rzeczą pewną, że krucjaty, podjęte z początku przeważnie przez normandzkie i francuskie rycerstwo, były dalszym ciągiem rabusiowskich wypraw Normandów i innych rabusiów-włóczęgów średniowiecznych, którzy niepokoili całą Europę, najeżdżali bogate miasta, łupili kupców i mieszczan, a nabroiwszy już do syta w Europie, zapragnęli skarbów i bogactw sułtanów, o których pobożni pielgrzymi, wracający ze ziemi świętej, tyle opowiadali. Zresztą rycerstwo to tak się było już rozrodziło we Francji i sąsiednich krajach, że dla młodszych jego członków brakło korzystnych „posad,” t. j. ziem i posiadłości dostatecznych, wskutek czego powstała atawistyczna żądza zdobywania nowych krajów. To jest prawda, dająca się naukowo stwierdzić; całe postępowanie krzyżowników na Wschodzie prawdę tę stwierdza. Wrzekomy zaś ich zapał religijny, chęć „oswobodzenia grobu świętego” – to jest retoryczna okrasa, używana przez dziejopisarzy, wywodzących akcje polityczne z „wyższych idei”, słowem, to jest, frazes bez naukowej wartości, nic nie tłumaczący i zaćmiewający prawdę, której wyjaśnienie powinno być jedynym zadaniem nauki. Zaćmiewanie zaś prawdy takiemi frazesami, jak to „idealistyczne” dziejopisarstwo dotąd czyniło – jest negacją wszelkiej nauki. Oczywista, że na przedsięwzięcie krucjat wpływały jeszcze inne czynniki nietylko położenie ekonomiczne rycerzy normandzkich i francuskich. Ważnym czynnikiem był także Kościół, hijerarchja rzymska. Ale ta miała także swoje motywa ziemskie, które w każdym razie były silniejsze, aniżeli głoszone motywa idealne. Bo Kościół, jako instytucja społeczna, z natury rzeczy obok celów religijnych powoduje się zawsze i wszędzie także względami świeckiemi. Jako instytucja społeczna, Kościół musi dążyć do utrzymania się, do zabezpieczenia swego bytu, do utrwalenia władzy swej; a do tego wszystkiego potrzebne mu są dobra doczesne; do nabycia zaś takich nadarzała się sposobność przy wyprawach krzyżowych; bo wyprawiający się do ziemi świętej
16
rycerze zapisywali dobra swoje w kraju kościołom i klasztorom, mając nadzieję nabycia na wschodzie większych posiadłości, co też chwilowo niejednemu z nich się udało. Były zatym wyprawy Krzyżowe przedsięwzięciem, leżącym zarówno w interesie hijerarchji rzymskiej, jak i rycerstwa europejskiego. Ten interes podwójny był główną sprężyną poruszającą: hasła religijne były obliczone na masy w celu sfanatyzowania ich, co też zupełnie się udało. Historycy zaś w celach panegirycznych i heroistycznych przedstawiali akcję całą jako dzieło uniesienia religijnego. Był to piękny temat dla poezji, ale nauka nie jest poezją. Poezja i równorzędne jej dziejopisarstwo heroistyczue niechaj sobie przedstawiają zapał rycerzy na myśl oswobodzenia grobu Św.: dziejopisarstwo naukowe powinno śledzić i przedstawić nam prawdziwe motywy tej akcji politycznej, leżące na polu ekonomicznym i we wzajemnych stosunkach różnych grup społecznych, biorących w niej udział.
* * *
Może mi ktoś zarzuci, że dziejopisarstwo stałoby się nudnym i monotonnym powtarzaniem wiecznie tych samych formułek, gdyby wszystkie zdarzenia historyczne wywodziło wiecznie z tych samych materjaluych interesów grup społecznych. Wraz z indywidualnościami występującemi dotychczas na arenie historycznej, znikłaby wszelka rozmaitość obrazów, wszelka różnorodność indywidualnych pobudek, i całe dziejopisarstwo zniżonymby zostało do po domu jasełek, poruszanych z poza kulis wiecznie tą jedną sprężyną: interesem grupy. Zarzut ten byłby niesłuszny.
Bo najprzód nauka nie ma na celu przedstawiania różnobarwnych obrazów, ale poznanie prawdy, choćby ta była bardzo monotonną i wcale niezabawną. Wszak i inne nauki operują jedną lub dwiema sitami, jako przyczynami zjawisk, co im bynajmniej nie odbiera charakteru naukowego. Astronomja np. operuje wiecznie tylko siłą ciężkości i przyciągania, zapomocą tych dwóch sił tłumaczy wszystkie zjawiska kosmiczne. Ani to nie uwłacza jej charakterowi naukowemu, ani też w oczach astronomów nie traci ona wysokiego powabu nauki, odkrywającej nieskończoną ilość coraz to nowych zjawisk największej rozmaitości.
To też i przy socjologicznym pojmowaniu historji ani niema obawy, aby dziejopisarstwo straciło charakter naukowy, ani też podrugie
17
niema obawy, żeby się stało monotonnym powtarzaniem tych samych formułek, a to z następujących przyczyn.
Prawda, że socjologiczne pojmowanie dziejów widzi wszędzie i zawsze tę samą pobudkę działania grup społecznych; ale jakaż jest rozmaitość tych grup i ich położenia, a wskutek togo jaka rozmaitość akcji, spowodowanych jedną i tą samą pobudką! Na pozór oczywiście mogłoby się zdawać, że grupy te i wzajemne ich stosunki są wszędzie te same: klasa panująca, klasy średnie i poddańcze. Ale jakąż rozmaitość indywidualną choćby tylko grup, do jednej z tych klas należących, wytwarza epoka historyczna i miejscowość, w której one występują! jakąż rozmaitość wytwarzają różnice etnograficzne, narodowe, kulturalne, wpływy nareszcie środowisk gieosraficzuych i ekonomicznych! Nie! obawy, żeby socjologiczne pojmowanie dziejów uczyniło dzejopisarstwo jałowym i monotonnym, bynajmniej niema. Owszem, rozmaitość osobistych, indiwydualno-psychologicznych pobudek działania bohaterów nigdy nie może być tak wielką, jak wpływająca na działanie grup społecznych rozmaitość środowisk socjalnych i gieograficznych.
Prawda, że np. stosunek panującej grupy do grupy opanowanej co do głównych tendencji jest zawsze ten sam: ale jakaż jest rozmaitość położenia np. ateńskich eupatridów, rzymskich patrycjuszów, niemieckich ritterów, madziarskiej szlachty, tureckich begów albo rumuńskich bojarów! Choćby zatym taka obawa, że dziejopisarstwo przez socjologiczne traktowanie dziejów stanie się monotonnym, była argumentem przeciw takiemu traktowaniu – czym nie jest, bo to nie jest zarzut naukowy – to argument taki nie miałby znaczenia, bo obawy takiej w tym wypadku niema. Przeciwnie, rozmaitość procesów socjalnych jest daleko większa, aniżeli rozmaitość procesów indywidualno-psychologicznych, na któryca buduje przedstawienia swe dzie-jopisarstwo indywidualno-heroistyczne.
Przemawiają przeto za traktowaniem dziejów ze stanowiska socjologicznego wszelkie względy naukowe: poznanie prawdy – jako cel, procesy naturalne – jako przedmiot tak pojmowanej historji nareszcie możliwość dojścia do sformułowania najwyższych praw, rządzących rozwojem społecznym. Tego wszystkiego w dziejopisarstwie indywidualno-heroistycznym niema. Bo nigdy a nigdy nie da się udowodnić żadna „prawda” na dnie pobudek indywidualno-psychologicznych, ani też działania „bohaterów” różnych, przedstawiane jako wypływ ich wolnej woli, nie są i nie mogą być przedstawiane jako procesy naturalne; ani też nigdy a nigdy dziejopisarstwo heroistyczne ani nie dążyło, ani nie doszło, ani dojść nie może do formułowania
18
ogólnych praw, rządzących działaniem „bohaterów”; bo toby było za przeczeniem wszelkiej „bohaterskości”, wszelkiej „wielkości indywidualnej,” o której uwydatnienie i apoteozowanie zawsze i wszędzi chodzi przedewszystkim historykom heroistycznym i niby to „patrjiotycznym.”
Grac. w listopadzie 1898 r.
Ludwik Gumplowicz.
1Porównaj najnowsze dzieło jego Sociologische Erkennntiss. Lipsk Brockhaus 1897.
2W Galicji historycy w ostatnich kilkunastu latali prowadzązaciętą polemikę o to, czy Polska powstała przez najazd obcych, czy też rozwinęła się przez generatio aeqnivoca z „ludz polskiego“. W tym ostatnim wypadku Polska byłaby jedynym wyjątkiem co do powstania państwa i narodu na całym świecie. W taką wyjątkowość nie uwierzy nikt, kto tylko zna nieubłaganą prawidłowość wszelkich procesów naturalnych, a powstanie państwa za taki proces uważa. Oczywiście historycy heroistyczni, którym zawsze trzeba jakiegoś bohatera, który państwo założył, nie uważają aktu takiego za proces naturalny, lecz tylko za dzieło tego lub owego bohatera. Ten zaś lub ów bohater „nie musiał koniecznie być obcym, mógł także być synem chłopa Piasta i żony jego Rzepichy“ czyli „Rzepki“, jak ją teraz nazywają.
3Szczegółowe wywody tych instytucji prawno-politycznych z wzajemnych stosunków i walk grup społecznych znajdzie czytelnik w dziele moim ,,Allgemeines Staatsrecht” Innsbruk 1897.