Ibn Chaldun, socjolog arabski XIV wieku, „Przegląd
Filozoficzny”, 1897/1898, z. 4, S. 45-62.
Socjolog arabski XIV wieku.
45
Socjologja uchodzi za najmłodszą z nauk. Co
najdalej wywodzą ją od St.
Simona, którego
uczeń, Auguste
Comte, nadał jej
nazwisko i wskazał drogę analogji biologicznych. W tym też kierunku poprowadzili ją
naprzód
Spencer,
Schäffle,
Lilienfeld,
Papala-Vadale,
Greef, a w najnowszym
czasie René
Worms. Nie w
biologicznym, ale raczej etnologicznym i pozytywno-historycznym kierunku starali się
ją rozwinąć Adolf
Bastyan,
Post,
Letourneau,
Tarde,
Vaccaro,
Dürkheim,
Ratzenhofer i inni. Sprzeczność kierunków musiała zrodzić dyskusję o
właściwej metodzie socjologii. Ta dyskusja stanęła w ostatnich latach na porządku
dziennym i dużo, za wiele może zajęła miejsca w dzisiejszej literaturze
socjologicznej, W obec przeciwnych kierunków musiano podnieść zasadniczą kwestję:
czym jest właściwie socjologja, jaki jej przedmiot, i jaka powinna być jej metoda?
Spór dziś jeszcze nierozstrzygnięty, pomimo obszernych dyskusji na czterech
kongresach socjologów w Paryżu.
* * *
Co do przedmiotu socjologji – a od tego zależeć będzie
przeważnie metoda – trudność zachodzi w wyznaczeniu jej takiego, któryby
46
nie był zarówno przedmiotem innych już istniejących nauk, jak np. hi-storji
powszedniej, historji cywilizacji, etnografii lub etnologji, statystyki,
antropologji, ekonomji społeeznej, prawoznawstwa porównawczego i t. p. Bo dopóki nie
można wyznaczyć dla socjologji odrębnego przedmiotu, dopóty ona jako osobna nauka
nie ma racji bytu, a co najwyżej mogłaby uchodzić tylko za encyklopedję, za
zestawienie rezultatów innych nauk bez samodzielnego zakresu badań.
W obec tej niepewności i chwiejności socjologów, w obec
braku ściśle określonego przedmiotu socjologji jako samodzielnej nauki od wielu lat
już w rozmaitych rozprawkach i dziełach starałem się uzasadnić myśl, że przedmiotem
socjologji jako odrębnej nauki powinny być wzajemne stosunki grup społecznych,
zachowanie się ich wzajemne i prawidłowe ich na siebie oddziaływanie. Jak dotąd myśl
ta nie zyskała sobie wielu zwolenników między socjologami
[1]
, a większość członków kongresu paryskiego
ani słyszeć nie chce o takim ścieśnieniu zakresu socjologji. Na ostatnim kongresie
(1897) większość socjologów składała się raczej ze zwolenników biologicznego
kierunku, który w „społeczeństwie” widzi „ustrój” i bada jego „funkcje”.
* * *
Ponieważ nie jestem przekonany wywodami tych
biologo-socjologów, ani też zadowolony sposobem traktowania socjologji w Ameryce,
nie pozostaje mi nic innego, jak starać się o uzasadnienie mojej teorji. Może to
nastąpić w dwojaki sposób. Twierdzenie, że przedmiot wyłączny socjologji stanowić ma
wzajemne oddziaływanie grup społecznych, powinno być poparte wykazaniem, że
oddziaływania takie w rzeczywistości istnieją, że odgrywają ważną rolę w rozwoju
ludzkości i że dotąd w istocie swej nie zostały należycie ani poznane, ani ocenione.
Wykazanie takie z natury rzeczy jest, bardzo trudnym, bo znaczy tyle, co przegląd
dziejów ludzkości z punktu widzenia socjologicznego, t. j. z punktu widzenia walki
grup społecznych i wyświetlenia wpływów tych walk na rozwój ludzkości
Chcąc uniknąć tego zbyt trudnego i ogromu pracy
wymagającego wywodu, można sobie zadanie ułatwić, powołując się na powagi, t. j. na
myślicieli rożnych czasów i narodów, którzy na zasadzie własnych
47
spostrzeżeń stwierdzają to wzajemne oddziaływanie grup społecznych, oceniając
zarazem ich doniosłość i wpływ na rozwój społeczny.
Ten sposób poparcia mojej teorji socjologicznej, chociaż
nie zastąpi nigdy całkowicie gruntownego dowodu historycznego i zawsze trącić będzie
pewną wiarą w powagi, która w nauce nie ma pierwszorzędnego znaczenia, częściowo
jednak o tyle go zastąpi, o ile przytoczone powagi same opierają się na faktach
historycznych i na poparcie swego zdania je przywodzą. Zarazem jednak ten drugi
sposób uzasadnienia, który nazwałbym filozoficzno-historycznym, pokaże, że teorja
socjologiczna, opierająca się na istnieniu prawidłowych oddziaływań wzajemnych
między różnorodnemi grupami spolecznemi, nie jest tylko „teorja Gumplowicza”, ale że
fakt ten społeczny czy też zjawisko to socjologiczne znane było już myślicielom
różnych czasów i narodów, choć odnośnym spostrzeżeniom nie nadawano nazwy
„socjologicznych.” Słowem, powołanie się. na powagi filozoficzne, stwierdzające fakt
wzajemnego oddziaływania grup społecznych i doniosłości tychże oddziaływań, będzie
zarazem stwierdzeniem, że właściwy przedmiot socjologji od dawien dawim istnieje i
że już zwracał nieraz na siebie uwagę myślicieli, chociaż ogół dotyczących
spostrzeżeń nie został ujęty w system naukowy, a zatyni, że właściwie socjologja
jest tylko
nazwą nową dla badań i spostrzeżeń, które wcale
nie są nowemi. Odkrycie to pozbawi wprawdzie „teorję Gumplowicza” pozoru nowości,
ale natomiast przyczyni się może do stwierdzenia jej prawdziwości. Niechaj mi wolno
będzie w końcu się przyznać, że odkrycie to. które niedawno zrobiłem, było dla mnie
zarazem upokarzające i radosne. Upokarzające – bo mnie przekonało, że teorja. którą
krytycy i socjologowie uważali za moją własną, nie jest bynajmniej nową, a zatym nie
jest moją; że przed wiekami znali ją myśliciele różnych narodów, że zatym i na tym
polu słowa Rabbi
Akiby zawierają
świętą prawdę, że .,wszystko już było”. Radosne jednak odkrycie to było o tyle, o
ile mię napełniło otuchą, że teorja, przezemnie wygłaszana, nie musi być
bezpodstawną, skoro już przed wiekami wśród cywilizacji, najzupełniej różnej od
naszej, mniej więcej w ten sam sposób została wygłoszoną
[2]
.
48
Treść dzieła jest dość rozmaita. Zawiera ono w
części gie.ografję, w części dzieje współczesne, nareszcie filozof ję liistorjj i
socjologję w najściślejszym znaczeniu tego słowa, t. j. wykład praw naturalnych,
rządzących stosunkami wzajemnemi grup społecznych. Oczywista, że wykład ten. jak to
u pobożnego Muzułmanina 14 w. inaczej być nie może, przeplatany jest wierszami
korami, tak mniej więcej, jak europejscy pisarze teologiczni lubią przeplatać
traktaty swoje cytatami z pisma świętego. Nie powinno nas więc dziwić, jeżeli wywód
ściśle socjologiczny o rozwoju życia społecznego lub o strukturze socjalnej, autor,
korząc się przed Allachem, kończy słowami: ,.Bóg” tworzy, co chce; On Twórca, On
wszechmocny”, albo: „Bóg udziela wiadomości, komu chce. Bóg wie wszystko, a wy nie
wiecie nic” i t. p.
Pomijając te pobożne prawdziwe „arabeski”, Ibn
Chaldun jest trzeźwym obserwatorem zjawisk socjalnych i politycznych, a
teorje jego, jak to wnet zobaczymy, dzisiaj jeszcze, po 500 latach, nie są
bynajmniej przestarzałe.
* * *
Ibn
Chaldun rozróżnia
ludy koczownicze, ludy półdzikie i ludy zorganizowane w szczepy: uważa on więc
ustrój szczepowy już za wyższy szczebel organizacji społecznej. Różnice, zachodzące
między roz-licznemi ludami ziemi zamieszkanej, tłumaczy po części wpływami
otaczającej je przyrody, po części różnością sposobów życia, na które przez
otaczającą przyrodę są skazane. Między wpływami przyrody na pierwszym miejscu
kładzie wpływ klimatu. Klimaty zbyt zimne lub zbyt gorące, a zatym wysoka północ lub
strefy zwrotnikowe, nie sprzyjają rozwojowi cywilizacji. Przeciwnie w klimatach
umiarkowanych wszystko okazuje pewną miarę: „umiejętności, sztuki, budowle, odzież,
żywność, owoce, zwierzęta i wszystko inne. – Nawet – ciała ludzkie okazują tę, miarę
w cerze, w przymiotach i we wszystkich właściwościach. Ludzie stref umiarkowanych
zachowują to samo umiarkowanie w mieszkaniach, w odzieży, w pokarmie i w zajęciach.
Budują oni domy z kamienia i zdobią je artystycznie; rywalizują w wykonaniu narzędzi
i naczyń i przez współubieganie dochodzą do doskonałości. Znajdujemy u nich
najrozmaitsze metale, jak złoto, srebro, żelazo, miedź, ołów i cynę. W stosunkach
handlowych posługują się dwoma najkosztowniejszemi
49
metalami, zlotem i
srebrem. W całym postępowaniu swym unikają ostateczności.
Natomiast ludy, zamieszkujące strefy zbyt zimne lub zbyt
gorące, oddalają się od stanu umiarkowania, nie posiadają kultury; mieszkają w
nędznych lepiankach; pożywienie ich stanowi owies i różne rośliny; odziewają się w
skóry lub liście drzew albo nie mają żadnej odzieży. Obyczajami nie wiele różnią się
od zwierząt; poniekąd nawet tracą piętno człowieczeństwa. Nie znają ani proroków,
ani nie rządzą się prawami. Wszystkie te tak jaskrawe, różnice między ludami różnych
stref Ibn
Chaldun przypisuje
wpływom otaczającej przyrody i polemizuje przeciw etnologom, którzy hołdując
przesądom i uprzedzeniom, różnice te przypisują różnemu pochodzeniu od mniemanych
różnych protoplastów. Zarzucając te podania o Jafetach, Bemach i Chamach, Ibn
Chaldun, jakby poprzednik
Darwina i
nowożytnych przyrodoznawców, różnice te tłumaczy przeważnie wpływami środowiska
(milieu). Błąd zaś etnologów, którzy różnice ludów tłumaczą wyłącznie różnicą
pochodzenia, pochodzi według niego stąd, że. nie zwracają należytej uwagi na naturę
krajów i ludzi. Albowiem te charaktery fizyczne ludów zmieniają się w ciągu czasu.
Zdaniem tym Ibn
Chaldun wyprzedził
o pięć wieków prawie nowożytną teorję. transformizmn, a do teorji jego o wpływie
warunków gieograficznych na rozwój narodów, po niedojrzałych wywodach
Bodina w w. 16 i
Monteskiusza w
w. 18–dopiero dzisiaj wraca nauka w Niemczech za przewodem
Ratzela.
(„Politische Geographie”).
* * *
Przechodząc do rozważania różnic, zachodzących między
ludami pod względem ich stanu
socjalno-ekonomicznego, nie
wpada on w błąd tych marzycieli 18 wieku, a nawet i naszych czasów, którzy tylko w
życiu „na łonie natury” widzą prawidłowy i normalny „stan natury”. Zauważa on
słusznie, że różne ludy mają różne sposoby życia, i tym różnicom odpowiadają różne
zajęcia i urządzenia społeczno-ekonomiczne. Jedne koczują, drugie osiadają w stałych
siedzibach: jedno jak i drugie są równie stanami
naturalnemi,
t. j. rozmaitym charakterom ludów, rozmaitym usposobieniom odpowiadają rozmaite
sposoby życia. Jestto zapatrywanie tak trzeźwe i rozumne, jakiegoby życzyć trzeba
niejednym politykom i mężom stanu naszych czasów. Teoretycy bowiem dzisiejsi w ogóle
wpadają w ten błąd, że przedstawiają sobie ludzkość jako szczep jednolity, który
przebył w rozwoju swoim
kolejno fazy rybołówstwa, polowanie
na zwierzynę, koczownictwa,
50
rolnictwa, następnie handlu i przemysłu,
podczas kiedy Ibn
Chaldun zgodniej z
rzeczywistością przyjmuje różnorakie szczepy ludzkie, które różnym oddając się
zawodom, według różnych warunków otoczenia, różne mają usposobienia i różne
przebywają fazy rozwoju. Również i praktyczni politycy nieraz sądzą, że byle
odpowiednich chwycić się środków administracyjnych lub prawodawczych, dowolnie
zrobić można z handlarzy rolników, a z rolników przemysłowców i t. p.
* * *
Jako główny czynnik rozwoju cywilizacji jeden ze
znakomitszych nowszych socjologów, Juljusz
Lippert, stawia
troskę o życie (Lebensfürsorge). Gdyby znał Ibn
Chalduna, cytowałby
to jako jego zdanie. „Różnice, jakie spostrzegamy w obyczajach i urządzeniach
różnych ludów, zależą od różnego sposobu, w jaki one zaspokajają swoie potrzeby;
ludzie bowiem łączą się w społeczeństwa tylko w celu pomagania sobie w osiąganiu
środków do życia. W tym kierunku zaczynają ludzie od zuka nia najprostszych środków
zaspakajania swych pierwszych potrzeb; potym starają się zaspakajać potrzeby
wykwintniejsze, a w końcu pragną opływać w dostatki”, (str. 254). Ale ponieważ
natura sama w różnych okolicach dostarcza różnych środków zaspakajania potrzeb, stąd
pochodzi, że od samego początku wskutek zaspakajania tych potrzeb w różny sposób,
różne powstają
gatunki ludzi, albowiem „jedni poświęcają się
rolnictwu, uprawiają rolę i sieją; inni poświęcają się hodowli zwierząt, jak owiec,
rogacizny, królików, pszczół, jedwabników i t. d. w celu ich pomnożenia i ciągnięcia
z nich zysku. Ludzie tych dwóch zawodów zmuszeni są zamieszkiwać wsie i pastwiska,
bo w mia-stach nie mają możności oddawania się tym zawodom (rolnictwu, pasterstwu).”
Dopiero z biegiem czasu, kiedy w tych zawodach ludzie nagromadzą pewne bogactwa,
zaczynają zakładać miasta, budować domy i pałace, oddawać się zbytkom. W ten sposób
powstaje osobny rodzaj ludzi: mieszczanie. Z tych znowu niektórzy poświęcają się
produkcji środków do życia; inni oddają się handlowi, przez który się coraz więcej
bogacą tak, że rolników i pasterzy prześcigają w dostatkach...
Niemniej jednak widać z tego, że życie miejskie zarówno jak
wiejskie są naturalne” (bo w sposób naturalny powstają).
Tak więc Ibn
Chaldun jako
czynniki rozwoju ludzkości przyjmuje te różnorodne
gatunki
ludzi, powstałe w sposób naturalny przez przystosowanie się ich do środowisk, bądź
fizycznych, bądź ekonomicznych i społecznych. Rolnicy, pasterze, mieszczanie – oto
żywioły, których wzajemne na siebie oddziaływanie prowadzi do zakładania państw
51
i rządów, a których wzajemne stosunki podwladności lub przewagi
decydują o losach tych wyższych ustrojów społecznych. Z żywiołów tych społecznych
najważniejszym pod względem politycznym, jako założyciele ustrojów państwowych, są
pasterze, koczownicy. „Są to najdziksi ludzie, – powiada Ibn
Chaldun, a
mieszkańcy miast uważają ich jakby dzikie zwierzęta, nienawidzą ich jako
niepohamowanych rabusiów. Takiemi są np.: Arabowie, Berberzy koczownicy, Kurdy,
Turkomany i Turcy (str. 257).
Inaczej zupełnie, jak życie koczownicze, usposabia ludzi
życie miejskie. „Mieszkańcy miast, – powiada Ibn
Chaldun – żyjąc w
spokoju, mając wszystkiego poddostatkiem, oddają się rozkoszom i zostawiają swoim
rządom i przewódzcom troskę o obronę swych osób i mienia. Zabezpieczeni przed
napaściami obcych przez obecność żołdactwa wśród warownych murów miasta, nie
niepokoją się niczym i nie pragną też szkodzić ludom sąsiednim. Wolni od trosk,
żyjąc w bezpieczeństwie zupełnym, odwykają od używania broni i potomstwa swego w
władaniu bronią nie ćwiczą.”
Tak więc zawsze i wszędzie Ibn
Chaldun różnice
usposobień ludzi, różnice klasowe i rasowe wyprowadza ze sposobu życia, pędzonego
przez szereg następujących po sobie gieneracji. „Przywyknienia, – powiada on, –
wytwarzają zdolności, drugą naturę, która zastępuje naturę pierwotną” (str. 264).
* * *
Do czynników, skupiających ludzi w pewne grupy i
zbiorowości, w pierwszym rzędzie należy krew. „Węzły krwi są siłą, którą prawie
wszyscy ludzie uznają przez jakiś instynkt naturalny.” „Odkąd ludzie istnieją,
uczucie to pokrewieństwa żyło w ich sercach.” (str. 270). Po związkach krwi
największą siłę spójną posiada węzełspołeczuy, stosunek towarzyszy między sobą,
przynależność do jednej i tej samej grupy społecznej. „Nawet często ta wspólność
społeczna silniej działa, niż wspólna gienealogja, której dopiero trzeba dochodzić w
sposób umiejętny. Dlatego też słuszną jest zasada: Na nic się nie przyda znać swoje
gienealogję; nie znać jej nie szkodzi.
To też z biegiem czasu węzeł społeczny, towarzyski więcej
nabiera znaczenia, aniżeli węzły niejasnego, niby to wspólnego pochodzenia (str.
272). Wprawdzie jeszcze Kalif
Omar powiadał: Znajcie
swoją gienealogję, a nie bądźcie jak Nabatejczycy, którzy na zapytanie kto ich
rodzi, odpowiadają: jesteśmy z tej lub tej wsi.
Pomimo to jednak Arabowie, osiadszy w żyznych krajach i
zetknąwszy się tam z innemi ludami, pomieszali się z niemi tak, że wsku
52
tek pomieszania krwi i szczepów od chwili powstania islamizmu poczęto oznaczać
szczepy nie według pochodzenia, (gienealogji), ale według siedzib”.
Spostrzeżenie to Ibn
Chalduna jest
nadzwyczaj ważne. Mieści się w nim ogólne prawidło rozwoju nazw narodowych, w którym
się odzwierciedla rozwój społeczny w ogóle. Wielu historyków nowożytnych grzeszy
nieznajomością tego prawidła. Jeżeli np. historycy niemieccy charakteryzują „
Giermanów” i skorzy są w Tacytowskich „Giermanach” widzieć jakiś odrębny szczep o
wybitnych rysach charakterystycznych, np. zamiłowaniu wolności, waleczności,
gościnności i t. p. zapominają, że za czasów Tacyta ludność Giermanji znajdowała się
już na tym stopniu rozwoju społecznego, na którym uazwa terytorjalna brała górę nad
nazwami szczepowemi. Giermanami nazywano wszystkie ludy i najrozmaitsze szczepy,
osiadłe w Giermanji. Nazwa „Giermanów” nie była już szczepową, ale
terytorjalna. Tak samo ma się rzecz później ze Scytami, Sarmatami: są to
same nazwy, przeniesione z terytorjów na ludność. A charakterystyki szczepowe
Scytów, Sarmatów, a potym i Słowian, mają tyle wartości, co charakterystyki
„Giermanów.” Ibn
Chaldun znał tę
zasadę rozwoju społecznego i prawo powstawania nazw ludów i nie byłby popadł w
naiwność historyków nowożytnych, wyobrażających sobie, że „Giermanie” albo
„Słowianie” są to nazwy szczepowe.
* * *
Jak gdyby przeczuwał nowożytną zasadę monizmu, Ibn
Chaldun stosuje prawidłowość, spostrzeganą w przyrodzie, także do zjawisk
społecznych. „Rzeczy i istoty wszystkich rzędów, klas i gatunków, nie wyjmując
człowieka, zmieniają się i podlegają zepsuciu” (upadkowi). Umiejętności i sztuki
nawet i wszystkie zjawiska tego rodzaju (t. j. zjawiska psychiczno-socjalne)
powstają i upadają. Szlachectwo i cnoty, jako właściwości przemijające w życiu
ludzkim, podlegają niechybnie temu samemu losowi. Między ludźmi nie znajdzie się ani
jednego, którego szlachectwo pochodziłoby bez przerwy od Adama – z wyjątkiem chyba
świętego naszego proroka, który takie odznaczenie otrzymał jako zaszczyt szczególny,
aby istniał przykład prawdziwego szlachectwa na tym świecie. Zresztą każde
szlachectwo poprzedzone jest stanem, który można nazwać stanem
wykluczenia, to znaczy: stan wykluczony od wszelkich rządów i zaszczytów,
nie używający żadnych względów i poszanowania.”
53
„Wszelkie szlachectwo przechodzi przez cztery
stopnie następujące. Człowiek, który zjednał sławę swojej rodzinie, świadom jest
środków, przez jakie sławy swej dostąpił. To też zachowuje on nietknięte te
przymioty, zapomocą których sławę osiągnął. Syn jego, któremu on władzę poruczył,
już od niego nauczył się, jak się przy tym ma sprawować. Ale nie zna już tej sztuki
zyskania władzy tak dokładnie, jak ojciec; bo ten, który słyszy opowiadanie
zdarzenia jakiegoś, nie zna tego zdarzenia tak dobrze, jak świadek naoczny. Wnuk,
który odziedziczył władzę, już tylko stąpa utartym śladem, biorąc sobie ojców za
wzór. Ale już nie zna rzeczy tak dobrze, jak ojcowie; bo naśladowca pozostaje zawsze
w tyle za pierwowzorem. Prawnuk jnż ślepo idzie w ślady antenatów swoich; nie
zachowując żadnej z tych cnót, przez które niegdyś pradziad jego dostąpił sławy,
pogardza niemi nawet, wyobrażając sobie, że poprzednicy jego dostąpili sławy bez
pracy i bez zasług. Zdaje mu się, że ojcowie jego tylko przez sam fakt urodzenia
dostąpili sławy, nie zadając sobie najmniejszej pracy, nie robiąc, żadnych usiłowań.
Wyobrażając sobie, że przez wysokie urodzenie od wieków posiadali władzę, daje się w
błąd wprowadzać przez okazywane mu względy i nie wierzy, że tylko przez szlachetne
przymioty pradziad jego doszedł do wysokiego stanowiska...” Tak postępując, gotuje
sobie upadek i toruje innym drogę do zaszczytów. Kreśląc ten dość częsty przebieg
rzeczy, Ibn
Chaldun rozbiera
kwestję, nad którą w ostatnim czasie słynny historyk niemiecki Ottokar
Lorenz głęboko się zastanawiał – kwestję wzrostu i upadku rodów.
Lorenz ze spostrzeżeń podobnych wysnuł słynną teorję „trzech gieneracji”, na
której chce zbudować nową teorję czy fiłozofję historji. Jakkolwiek rzecz ta się ma,
co najmniej to jest pewne, że problemat ten historyczny, a właściwie socjologiczny –
bo chodzi tu o wpływ środowiska społecznego na jednostkę – zaprzątający dzisiaj
umysły historyków, był już przedmiotem rozpamiętywali Ibn
Chalduna, który do
wyjaśnienia go dostarcza cennego materjału.
Ta teorja wzrostu i upadku gieneracji bywa łączoną z teorja
trwania państw: bo upadająca gieneracja pociąga za sobą upadek panowania. Otóż Ibn
Chaldun zna i rozbiera tę kwestję. Zdaje mu się, że panowanie nad wielkim
państwem zazwyczaj nie trwa dłużej, jak przez trzy gieneracje (str. 348). „Pierwsza
gieneracja bowiem zachowuje swój charakter ludu koczowniczego: rubaszne obyczaje
dzikiego życia, trzeźwość, wstrzemięźliwość, waleczność, namiętność rabusiostwa i
karność; przy tym solidarność szczepowa panujących w pierwszej gieneracji jest
jeszcze silna... Ale władza sama i płynący z niej dobrobyt wpływa na drugą
gieneracje: obyczaje koczownicze ustępują miejsca obyczajom życia osiadłego, a na
miejsce wspólności władzy wstępuje – samo
54
władztwo Wykonywa, władzę
jednostka, a lud zniedolężniały, tracąc powoli zmysł niepodległości, popada w
uniżoność... Trzecia gieneracja zapomniała już zupełnie o życiu koczowniczym i pod
wpływem zbytków zamiłowaną jest tylko we wszelkich rozkoszach spokojnego życia...”
Oczywista, że teorja ta Ibn
Chalduna nie
stosuje się do dzisiejszych państw europejskich, ale raczej do tych państw
średniowiecznych, zakładanych przez bandy koczujące w znacznej liczbie także w
Europie.
* * *
Na wyżyny jednak wiedzy socjologicznej wznosi się Ibn
Chaldun tam, gdzie nam udziela spostrzeżeń swoich codo wzajemnych na siebie
oddziaływań różnych grup społecznych, które zarazem przedstawia jako wytwory ich
środowisk.
Najciekawszemi pod tym względem są uwagi jego o szczepach
najezdczych, zwłaszcza, jeżeli zważymy, że autor żył krótko po okresie wielkich
najazdów, które dały początek państwom, dziś jeszcze istniejącym.
„Ponieważ życie pustynne wytwarza odwagę osobistą, szczepy
półdzikie stają się waleczniejszemi, aniżeli inne. W istocie nabywają one tych
wszystkich przymiotów, które są potrzebne do najazdów i do podboju obcych ludów.
Niemniej jednak charakter każdego z tych szczepów z osobna z biegiem czasu się
zmienia. Jeżeli np. szczepy takie osiadają na żyznych równinach i przywykają do
dobrobytu, dawna dzikość i waleczność znikają zarówno z rubasznemi obyczajami,
których nabyli swego czasu wśród pustyń. Porównajmy tylko zwierzęta dzikie z
oswojonemi. Tak np. bawół dziki traci swoją dzikość i gwałtowność, skoro przywyknie
do otoczenia ludzkiego i do obfitego pokarmu. Tak samo i szczepy dzikie zmieniają
charakter swój, skoro przechodzą do stanu kultury i mają lepsze zaopatrzenie. Leży
to albowiem w naturze człowieka, który przez siłę przyzwyczajenia nagina się to w
tę, to w ową stronę.”
Pięć wieków za tym przed Darwinem nasz Arab zna doskonale
prawo akomodacji do środowiska, a co więcej – choć bogobojny mahometanin – nie
wyjmuje człowieka z pod praw ogólnych, którym on zarówno ze wszystkiemi zwierzętami
podlega. Słowem, kompletny Darwinista 14-go wieku!
* * *
55
To też na, gruncie Darwinizmi buduje on
socjologję, badając naturę społeczeństw i przyczyny zjawisk społecznych. Takim
zjawiskiem jest np. panowanie jednych nad drugiemi, zjawiskiem par excellence
socjologicznym.
Ibn
Chaldun zastanawia
się nad przyczynami, z jakich jedni osiągają panowanie nad drugiemi. Główną
przyczynę takiego powodzenia widzi on w karności i w solidarności danej grupy
społecznej. „Zapomocą solidarności, powiada on, ludzie mogą wzajemnie się ochronić,
odeprzeć wrogów, pomścić doznane krzywdy i dopiąć celów, ku którym dążą wspólnemi
siłami. Każde społeczeństwo potrzebuje wladzcy, by utrzymać porządek i ład
wewnętrzny. Konieczność takiego wladzcy wynika z natury ludzkiej. Władzca musi mieć
po swojej stronie silną partję, bo inaczej nie potrafi rządzić. Panowanie takiego
władzcy różni się od panowania patrjarchy czyli starszego w pierwotnym szczepie; ten
bowiem posiada tylko władzę moralną, ale nie posiada władzy egzekucyjnej. Tymczasem
władzca panuje nad swojemi poddanemi i zmusza ich do posłuszeństwa środkami
przymusowemi. Przywódzca ludu, do-szedszy raz do tej władzy, nie puszcza jej więcej
z ręki,
bo władza dla dusz ludzkich posiada wielki powab”
(293). Wie jednak Ibn
Chaldun, że siła
fizyczna, że same środki przymusowe nie są dostateczne, aby utrzymać panowanie,
zwłaszcza wielkiego państwa Trzeba do tego także środków moralnych, a między temi
pierwsze miejsce zajmuje
religja.
„Przez podbój powstają państwra; ale do podboju trzeba
stronni¬ctwa, ożywionego tym samym duchem i dążącego do tego samego celu. Otóż taka
zgoda serc i umysłów może tylko być dziełem boskim i owocem religji.” Cele świeckie
tozdwajają ludzi, ale miłość Boga i prawdy jednoczą ich Oczywista, że myśli tutaj
Ibn
Chaldun o wielkich przedsięwzięciach, które mogą być tylko owocem
fanatyzmu. My to dzisiaj nazywamy wielkiemi ideami, jak np. narodowość, jedność,
które narody całe do wielkich czynów zagrzewają. W czasach Ibn
Chalduna były to
oczywiście tylko idee religijne; „miłość Boga”, takie hasła, jak np. hasło wojen
krzyżowych: „Deus lo volt” i t. d. W obec takich wielkich idei „zazdrości wzajemne
znikają, niezgoda ustaje, ludzie sobie pomagają nawzajem z poświęceniem; łączność
stanowi ich siłę; dobra sprawa zwycięża, i tym sposobem można założyć wielkie
państwo.” Czy nie mogłoby się zdawać, że Ibn
Chaldun widział
powstanie zjednoczonych Włoch lub Niemiec? – Oczywiście widział podobne wielkie
zdarzenia w świecie mahometańskim: tylko hasła były inne.
* * *
56
Nie łudzi się też Ibn
Chaldun co do
znaczenia jednostek w polityce; wie on, że nie wartość osobista rozstrzyga i daje im
powodzenie, lecz zręczność pozyskania sobie stronnictwa, a choćby tylko motłochu.
Nawet „prorocy spełniali posłannictwo swe tylko przez poparcie swych szczepów i
koligacji... Człowiek może mieć wszelkie przymioty, aby spełnić dzieło reformatora;
ale jeżeli nie ma poparcia silnej partji, to marnie ginie.”
Widzimy więc, że nasz stary socjolog arabski zabiera także
glos w piekącej kwestji, będącej dzisiaj na porządku dziennym kongresowych dyskusji
historyków i socjologów, w kwestji: kto robi historję, osobniki czy masy? – a jak
dotąd, zdaje się. że pomimo Napoleonów i Birmarcków, służących za argument
„heroistom”, nasz Arab ma rację, że historję robią: jednostki, jeżeli mają poparcie
mas, albo też masyi znajdujące przewodnie jednostki, które się oddają w służbę ich
dążnościom i aspiracjom. –
* * *
Najciekawszą jest rzeczą, że środki, które poleca Ibu
Chaldun w celu utrzymania zdobytego kraju, a które on czerpie z własnych
doświadczeń i spostrzeżeń politycznych, najzupełniej przypominają taką organizację
wojskową, jaką nowsi nasi historycy, np. Piekosiński, przypisują pierwszym władcom
Polski, zwłaszcza Bolesławowi
Chrobremu.
Oto słowa
Chalduna:
„Stronnicy dynastji, szczep, który dynastję osadził i ją podtrzymuje, powinien się
rozdzielić na pojedyncze oddziały po różnych prowincjach i zamkach świeżo zdobytego
kraju”.
Zdaje się, że Ibn
Chaldun słyszał i
widział, jak szczepy wojenne zdobywają sobie kraje, a kto wie, czy nie miał
dokładniejszych wiadomości o założeniu północno-europejskich państw, niż my dzisiaj,
pozbawieni swojskich świadectw historycznych przez systematyczne takowych
wyniszczenie, a skazani na późniejsze fałszowanie dziejów, głównie przez mnichów
historyków, działających w jednostronnych widokach.
[3]
.
* * *
57
W radach, podawanych panującym, Jak się
utrzymać przy władzy”, nasz Ibn
Chaldun wyprzedza
Macchiavellego, który ten sam temat traktuje w swoim „il Principe”; ale
wyprzedza go także w trzeźwym zapatrywaniu na rzeczy, w tym szorstkim nieco
realizmie, który stanowi zaletę słynnego polityka włoskiego.
„Trudno jest, powiada Ibn
Chaldun, ugruntować
panowanie w kraju, zamieszkanym przez liczne szczepy i ludy, które mają zmysł
niepodległości, i z których każdy ożywiony jest duchem solidarności. Dlatego też
Arabom tak trudno ugruntować panowanie swoje w Afryce i Maghrebie, krajach
zamieszkanych przez liczne szczepy Berberów, które w wysokim stopniu posiadały
wspomniane przymioty.”
„Gdzie tego niema, tam łatwo założyć i utrzymać panowanie,
jak np. w Syrji i Egipcie. W tych krajach niema szczepów ani ludów solidarnie
zorganizowanych. Dlatego też sułtan Egiptu żyje spokojnie, bo w kraju tym rzadko
zdarzają się powstania lub zaburzenia. „W takim kraju widzimy tylko monarchę i
posłusznych poddanych, a panowanie przechodzi spokojnie od jednego panującego na
drugiego.”
* * *
Zna Ibn
Chaldun znaczenie
struktury społecznej w państwie. „Chcąc panować i
rządzić, trzeba koniecznie utrzymywać różnicę klas w narodzie”. „Wielka zachodzi w
państwach różnica między poddanemi świeżej daty a poddanemi z dawien dawna. Uczucie
poświęcenia, które potrzebne jest do obrony państwa, jest, cząstką uczucia,
solidarności i dochodzi do najwyższego stopnia napięcia przez wpływ
współplemienności... Ale zażyłość, która powstaje ze stosunków panów do sług lub też
z obowiązków klientów do patronów, może również często zastąpić uczucie solidarności
współpłemiennej. W istocie, jakkolwiek węzły pokrewieństwa zdają się być ustanowione
przez naturę, nie mają one właściwie innej sankcji, jak tylko przywyknienie, podczas
kiedy prawdziwe przywiązanie wypływa z uczucia, wyrobionego przez częste widywanie
się, obcowanie z sobą i wspólną pracę; uczucie takie wyrabia się między tenii,
którzy wspólnie zostali wychowani... i wspólne dzielili życia losy” (374).
Rozróżnia też Ibn
Chaldun w każdym
wielkim państwie szczepy i plemiona od narodu. Powiada – że „Koreiszyci stanowili w
Arabji najznakomitszy
szczep plemienia Moder... Cały lud
arabski przyznawał im pierwszeństwo i korzył się przed ich władzą. Gdyby prawodawca
innemu szczepowi był oddał rządy, pewnieby były powstały niesnaski i zaburzenia w
całym narodzie (397)... Prawodawca więc,
58
słusznie się tego obawiając,
oddał rządy Koreiszytom, chcąc utrzymać zgodę między szczepami – Utrwaliwszy tym
sposobem pokój
i uczucie narodowości u wszystkich ludów
państwa, zabezpieczył tym samym byt całego państwa ...
Czyż nie mogłoby się zdawać, że Ibn
Chaldun ma tu na
oku różnoplemienie państwa nowożytnej Europy, takie np. jak Austrja? Ale i nowożytny
realizm w umiejętności politycznej może śmiało w ibn
Chaldunie uczcić
swego protoplastę. Oto bowiem definicja państwa (cesarstwa), jaką on nam podaje:
jest to według niego „związek ludzi, wytworzony przez moc stosunków” (dzisiaj to
nazywamy „logiką faktów”), związek, który stał się koniecznym „wskutek żądzy
panowania i władzy, pochodzącej z nienasyconości i zwierzęcości”. Niemniej
realistycznie kreśli on gienezę ustawodawstwa. „Kiedy państwo już jest założone,
rozkazy panującego oddalają się często od sprawiedliwości i szkodzą dobrobytowi
ludu. W istocie nakłada on często daniny, których lud nie jest w stanie ponosić, a
to tylko w celach osobistych, aby plany swoje przeprowadzić i zadość uczynić swym
namiętnościom. Jakkolwiek postępowanie to w szczegółach według osobistości
panującego może być różne, w każdym razie jednak lud ciężko znosi poddaństwo;
zaczyna więc robić opozycję, co prowadzi do rozruchów i walk. Wtedy panujący widzi
się zmuszonym wydać księgę ustaw, którą lud przyjmuje, a której przepisów panujący
sam zobowiązuje się przestrzegać. Tak sprawy te odbyły się w Persji i u innych
ludów”. Tym opisaniem sposobu powstania, ustaw pisanych Ibn Chaldun wyprzedził o pół
tysiąca lat teorję szkoły historycznej – a jeżeli tak według Ibn
Chalduna działo się „w Persji,” my dzisiaj dodać możemy, że nie inaczej
działo się w Anglii i we Francji, nie inaczej w Polsce, nie inaczej dziś się dzieje
w nowożytnych państwach europejskich.
* * *
W jednym z ostatnich rozdziałów dzieła w realiście Ibn
Chaldunie odzywają się skrupuły religijne; spostrzega on, że teorje jego
socjalno-polityczne niezupełnie zgadzają się z naukami religji. Zdaje się, jakoby
sumienie pobożnego muzułmanina robiło socjologów wyrzuty z powodu głoszonych przez
niego prawd, które nie są zgodne ze słowami proroka. Usiłuje on więc pogodzić jedne
z drugiemi, stara się udowodnić, że prawdy socjologiczne nie są w sprzeczności z
prawdami Koranu. „Duch solidarności partyjnej prowadzi naród do osiągnięcia władzy –
Bez poparcia silnego stronnictwa nie możnaby karać
59
przestępców prawa:
Jest zatym ten duch solidarności niezbędnym w narodzie; bez niego naród nie może
spełnić posłannictwa swego...”
Tymczasem prorok potępia tego ducha solidarności; każe on
nawet wyrzec się go zupełnie. Oto słowa Jego: Bóg was uwolnił od pychy, która
władała wami w czasach dawnych, zanim Islamizm was zbawił; Bóg zdjął z was dumę
szlachecką. Albowiem rzekł on: Najszlachetniejszy z was w oczach moich jest ten,
który jest najbogobojniejszy (Koran, sura XLIX wiersz 13). Wiemy także, że prorok
potępił władzę monarszą i ganił królów, że się oddają rozkoszom i zbytkom i że się
oddalają od dróg pobożności. Ale w istocie prorok chciał tylko zachęcić ludzi do
zgody religijnej... bo dla proroka świat ten jest jeno przejściem do świata
lepszego... aby zaś dojść do celu podróży, trzeba zaopatrzyć się w potrzebne środki.
Jeżeli więc prorok zakazuje pewnych czynów, inne potępia i radzi się ich wyrzec, to
nie wynika z tego, jakoby żądał, żeby czyny te zupełnie ustały, albo żeby te
przymioty fizyczne, z których czyny te płyną, zostały zupełnie unicestwione: chce on
tylko, aby ile możności czyny te kierować w interesie
prawdy”.
Widzimy, że nasz uczony Arab w sofistyce mógłby się mierzyć
z „mężami stanu” nowoczesnej Europy. Spostrzegł on się, że zdrowe rady polityczne,
których udziela rządzącym, nie zupełnie licują z naukami św. proroka, zawartemi w
Koranie. Stara się więc sprytną interpretacją połączyć religję z polityką, zapalić
Panu Bogu świeczkę i djabłu świeczkę.
To sprytne wykręcanie się Ibn
Chalduna, które
zresztą żywo przypomina podobne wykrętasy średniowiecznych pisarzy duchownych jest
także pod innym względem ciekawe.
Widzimy, jak duch niezawisły od uprzedzeń religijnych wpada
v kolizję z panującemi zapatrywaniami religijno-moralnemi. Gdyby za czasów Ibn
Chalduna w państwach arabskich znaną była instytucja cenzury, albo istniała
jakąś „ustawa prasowa”, Ibn
Chaldun nie byłby
wcale wyjawił swoich zapatrywań realistycznych na państwo, groziłyby mu bowiem
nożyce cenzorskie lub co gorsza, oskarżenie prokuratorskie. Oczywista rzecz, że tych
wszystkich nowożytnych prewencji i postwencji nie było wtedy. Ale było co innego,
czego oczywiście Ibn
Chaldun niemniej
się obawiał. Był Kościół, strzegący świętości Koranu, i wytworzona pod wpływem
Kościoła i Koranu „moralność” publiczna. Tym potęgom Ibn
Chaldun nie chciał
się narazić, dlatego, wypowiedziawszy realistyczne swoje na politykę zapatrywauia,
natychmiast tyły sobie zabezpiecza i sofizmatami stara się wmówić w czytelnika, że
polityka wcale nie jest w sprzeczności z pismem świętym.
60
I w tym
punkcie więc Ibn
Chaldun jest
zupełnie nowożytny; mógłby żyć w naszych czasach, nie byłby anachronizmem.
Godzić religję z polityką, czyż to nie jest dzisiaj jeszcze
największą „sztuką”, którą baranów tłuką? Zna ją Ibn
Chaldun i
praktykuje. Wie on, że w polityce „solidarność partyjna”, t. j. kastowość, karność
klasowa, ważnym jest czynnikiem, że w polityce przez, nią tylko wielkie się osięga
rezultaty; ale wie on także, że ta kasto wość, ta solidarność wyłączna sprzeciwia
się wszelkim zasadom religji. „Prorok” bowiem potępia wszelką wyłączność, bo
wszystkich ludzi każe miłować. „Na nic wam się nie przydadzą, powiada Koran, związki
krwi ani ilość potomstwa”. Chcąc pogodzić przepisy religji z wymaganiami polityki,
Ibn
Chaldun interpretuje. „Przez te słowa, powiada on, prorok chciał tylko
potępić owego ducha kastowości, który panował przed islamizmem i który popychał
ludzi do szukania czczej sławy; chciał on temi słowy tylko zapobiec temu, żeby
ludzie chełpili się szlachetnością rodu i ciągnęli z tego korzyści ze szkodą
bliźnich; albowiem takie postępowanie nie przynosi korzyści na tamtym świecie, gdzie
nas wieczność czeka. Ale dopóki ducha solidarności używamy tylko w służbie prawdy i
broniąc sprawy Boga, dopóty nie jest on karygodnym i nie potrzebuje być tłumionym..”
Widzimy więc, że w 13 w. w Arabji socjologowie byli w
drażliwym położeniu; choć nie było cenzury ani prokuratora, nie mogli śmiało
wypowiadać prawd swej umiejętności, bo im stał na przeszkodzie – święty Koran i
Prorok. t. j. zapewne cała czereda bezpośrednich „sług proroka”, czyhająca na
każdego wolnomyśliciela, który śmiał mieć własne zapatrywania, nie licujące z pismem
świętym.
Nie wieleśmy od tego czasu postąpili!
Nie inaczej także, jak Ibn
Chaldun przed 500
laty, i nasi socjologowie dzisiaj tłumaczą sobie powstanie dwóch władz, duchownej i
świeckiej, i uzasadniają ich rację bytu. Oto słowa Ibn
Chalduna: „Religja
wymaga w nieobecności Proroka namiestnika jego, któryby ją podtrzymywał. Ta głowa
Kościoła dogląda, aby lud stosował się do prawd objawionych... Z drugiej strony
wiemy, że ludzie muszą się łączyć w społeczeństwa, aby żyć pod regularnym rządem;
nie mogą oni się obejść bez osoby, kierującej ich ku temu, co dla nich jest
korzystne, i która zmusza ich do unikania złego. Osoba ta nazywa się monarchą
(królem). Ponieważ islamizm nakazuje wojnę przeciwko niewiernym, żądając nawracania
wszystkich ludzi, czy chcą czy nie, ustanowiono więc w Islamizmie podwójną władzę:
dnchowną i świecką, aby się nawzajem wspierały w osiągnięciu powyższego celu.
Ponieważ inne religje nie zwracają się do wszystkich ludzi,
więc nie wymagają nawracania przymusowego i nie nakazują wojny religijnej... Dlatego
w innych religjach naczelnicy duchowni nie troszczą się o sprawy świeckie... Władza
świecka spoczywa tam w ręku osoby, która osięgnęła takową przez przypadek lub przez
jakiś układ, bez interwencji władzy duchownej ...” (469).
Czy można w naszym „findesiecle’u inaczej i trzeźwiej
traktować o dwóch władzach i o różnym ich w różnych krajach do siebie stosunku?
Jestem pewny, że wr najnowszych „kollegienheftach” uniwersytetów niemieckich rzecz
ta nie jest inaczej przedstawiona. Zachodzi tylko pytanie, czy Ibn
Chaldun wyprzedził czas swój o pół tysiąca lat, czy dzisiejsi uczeni w
sprawach socjalno-politycznych o tyleż lat jeszcze pozostali w tyle?
Jest i trzecia możliwość, mianowicie, że sprawy społeczne
nie zmieniają ani istoty, ani charakteru. Eadem et non
aliter! A ponieważ i rozum ludzki nie zdaje się postępować i w każdym czasie i
wieku przedstawia nam tę samą skalę niezmienną od głupoty do mądrości,
reprezentowaną w miljonach osobników, więc nic dziwnego, że i przed 500 laty te same
zjawiska społeczne w jakiejś jasnej głowie tak się odbiły, jak się dzisiaj odbijają
w jasnych głowach – a w ciemnych mozgownicach wtedy tak samo się przedstawiały, jak
w niezliczonych ciemnych mózgownicach naszego „wysoko cywilizowanego” schyłku
stulecia.
* * *
Odbiegłem nieco od przedmiotu niniejszej rozprawki.
Chciałem tylko pokazać, że dawno jeszcze, nietylko przed Comtem, ale nawet przed
owym nieszczęsnym Gian Battistą
Vico, którego odkrył
Goethe, a którego Włosi gwałtem pierwszym twórcą socjologji mianują,
obserwował bardzo głęboko i trzeźwo zjawiska społeczne pobożny muzułmanin. Rzecz,
którą on traktował, nazywamy dziś socjologja. Nie jest to więc rzecz nowa i nie była
zapewne nową za czasów Ibn
Chalduna. Ale
właśnie ta okoliczność, że od dawien dawna w niektórych mózgach zjawiska społeczne
odzwierciedlały się nie jako czyny jednostek, ale jako rezultaty działań
społecznych, t. j. jako akcje grup społecznych, ta okoliczność jest najlepszą
legitymacją dzisiejszej socjologji. Bo nie można jej czynić zarzutu, że jest tylko
chwilowym wybrykiem indywidualnej fantazji, skoro zawsze od czasu do czasu w
niektórych móz
62
gownicach zjawiska społeczne w taki sposób się odbijają.
Musi więc w tym pojęciu zjawisk społecznych, jako wyników działań i dążeń grup
społecznych, jako owoców wzajemnego przeciwdziałania tycli grup na siebie – musi w
tym pojęciu tkwić jakaś prawda, kiedy myśliciele najrozmaitszych czasów i
cywilizacji w pojęciu takim się zgadzają i zgodnie w pojęciu takim szukają klucza do
umiejętnego rozwiązania zagadnień społecznych.
Grac, w wrześniu 1898.
Ludwik Gumplowicz.